Zupy mi się zachciało…

Będąc NOWYM w mieście nie jest łatwo. A jeśli dodatkowo jesteś NOWYM i PRZEZIĘBIONYM w mieście, to sprawa znacznie się komplikuje. Na szczęście jedynie na chwilkę i budzi masę śmiechu…przynajmniej w mojej głowie i na mojej twarzy. Dzisiejszy cudowny i słoneczny dzionek spędziłam…nie, znowu nie nad morzem, ale w łóżku. Wśród moich znajomych, krążą już zabawne anegdotki na temat mojego mieszkania „nad morzem”. Sama zaczynam się już z tego śmiać. Mieszkam w Gdańsku od początku października, a morza nadal nie widziałam. Łażę tylko z górki lub pod górkę. Ostatnio, w trakcie rozmowy z mamą stwierdziłam, że czuję się jakbym zamieszkała na przykład w Zabrzu. Ot błąkam się po nieznanym mi mieście. Zabrza też nie znam 😛 Przerywam to swoje pisanie siorbaniem zupy z kubka.

Ale od początku…co z tym byciem nowym? Otóż przeleżawszy większość dnia pod kołderką, mój żołądek przypomniał mi o sobie dość brutalnie. Zwlokłam swoje „zwłoki”, ogarnęłam włosy sterczące na wszystkie możliwe strony i podreptałam do kuchni, korzystając z faktu, że moi współlokatorzy właśnie ją opuścili. Znalazłam parę produktów do tzw. „chleba”, ale pieczywa jak na lekarstwo. Zupy mi się zachciało… Jak to jest, że kiedy nam coś dolega, to apetyt mamy taki wysublimowany???? No zawsze zeżarlibyśmy to, czego akurat nie ma w domu! Cóż…zdjęłam z siebie wilgotną piżamę, wskoczyłam w dres, czapa na głowę, portfel w łapkę i w teren…na polowanie rzecz jasna!

Stojąc przed szklanymi, rozsuwanymi drzwiami sklepu wzięłam głęboki oddech. Wjeżdżając wózkiem za bramki, pierwszym produktem na jaki się natknęłam były znicze i dynie. Przypomniałam sobie o gotowych zupkach, ustawionych w rzędach w lodówce. Wystarczy podgrzać i już 🙂 Paręnaście minut później, z wypełnionym koszyczkiem, stanęłam w kolejce do kasy. Wyłożyłam produkty w dziwnym otworze, zastanawiając się gdzie u licha postawić moją zupkę? Pakując całość do reklamówki marzyłam o powrocie do domu. Umyłam jedyny jaki posiadam garnek z pokrywką i rozpoczęłam wypakowywanie reklamówki. Wtem odkryłam brak zupy! Jezuuuu, a taką miałam na nią ochotę ?! Zerknęłam szybko na rachunek, aby upewnić się, że nie zapłaciłam za coś czego nie mam. W szafce znalazłam kostkę bulionową i przecier pomidorowy w kartoniku, z kawałkami pomidorów…o i makaron się zaplątał. Widocznie Wszechświat zaplanował za mnie menu…i tak, zamiast zupy kremu z brokułów, zjadłam pomidorówkę własnej roboty 😀

To byłoby zbyt proste, gdyby moja historia zakończyła się na ugotowaniu zupy. Zupa to pikuś…chochle nawet posiadam, tylko w czym te zupę skonsumować? Moje gospodarstwo domowe, w kwestii naczyń, ogranicza się do dwóch płaskich talerzy różnej wielkości, dwóch małych łyżeczek,  jednej dużej, widelca i dwóch noży różnej wielkości. Mam ponadto trzy kubeczki, plastikową maleńką miseczkę (zastanawiam się o czym myślałam jak dokonywałam jej zakupu?) i deskę do krojenia. Podjęłam decyzje, że naleję tej zupy do kubka. Proste to nie było. Upaprałam kubek zupą i makaronem, więc bez papierowego ręcznika się nie obyło. I tak próbując zjeść tę zupę, wyławiałam makaron zbyt dużą łyżką, ze zbyt małego otworu kubeczka. W tle słychać było piosenkę Sophie Ellis Bextor ” Catch you”. Zabawne, ja także próbowałam złapać…ten makaron co w zupie siedział 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.