Żeby Dwoje Chciało Naraz !!!

Zainspirowało mnie dzisiaj pytanie, wpisane pod postem na Facebooku. Czy to my powinniśmy szukać miłości, czy to ona powinna nas znaleźć??? Niby na pozór proste pytanie, a jednak straszny galimatias z odpowiedzią. Tyle samo argumentów w obu przypadkach. Jednak ja, jak zwykle zresztą, spróbuje rozwinąć nieco ten temat przez pryzmat własnych doświadczeń…

Kiedy byłam małą dziewczynką, jak każda chyba osóbka w tak młodym wieku, idealizowałam wiele spraw, wielu ludzi, sytuacje. Wyobrażałam sobie, że czeka mnie wiele cudownych chwil w ramionach księcia na białym rumaku, który pojawi się, rzecz jasna w stosownym momencie i będzie jak w bajce. A potem żyli dłuuugoooo i było im kolorowo! Na pierwsze rozczarowania, czekać zbyt długo nie musiałam….Ale jak to się zaczęło???

W pierwszych klasach podstawówki, kwestia „chodzenia ze sobą” zupełnie mnie nie interesowała. Każdy przejaw zainteresowania moją osobą, budził moje zawstydzenie i aktywował ucieczkę z miejsca zdarzenia. Chłopcy byli fajni, ale do zabawy w sklep, Indian, chowanego, podchody i zwiedzania najdalszych zakamarków lasów i zabudowań. Jakoś z niezrozumiałych powodów, od dziecka faceci kojarzyli mi się z poczuciem bezpieczeństwa, które zresztą nieustannie miałam zaburzane. I tak w imię miłości do mnie, adoratorzy byli wrzucani do koszy na śmieci, przesiadywali pod moją klatką, wozili mi tornister rowerem, nabijali guzy rywalom i znosili mi różnego typu wiechcie, włącznie z krzakami malin.

Wielu, naprawdę fajnych chłopaków, przewinęło się przez moje życie. Niestety, kierowana wypaczoną nieco potrzebą poczucia bezpieczeństwa oraz jak do tej pory, trudnymi nawet dla mnie samej, do rozszyfrowania kryteriami, wybierałam fatalnie. Oczywiście było wiele i cudownych chwil, w których ślepo wpatrzona w oblubieńca myślałam, że to TEN właściwy. Kolejne wydarzenia, z bólem uświadamiały mi, jak bardzo byłam w błędzie.

Pomijając pierwsze, jak najbardziej platoniczne związki, każdy kolejny, tak zwany poważny, był esencją bajki i brutalnej prozy życia. I w tym momencie, w telegraficznym wręcz skrócie, opowiem Wam o moich poszukiwaniach miłości. A raczej jak dostawałam tą miłością w potylicę, w plecy , tudzież w twarz. Wiem, brzmi osobliwie, ale już za chwilę dowiecie się dlaczego?

Kochałam parę razy i każdy raz był zupełnie odmienny. Nauczyłam się także, że miłość niejedno ma imię, a i intensywność odmienną. Pierwsza miłość tkwiła w moim sercu długo, niestety z powodu odległości i problemów z komunikacją, nasze drogi rozeszły się. Następne związki pomimo tego, że wnosiły wiele dobrego w moje życie, to naznaczały mnie ogromnie. To one nauczyły mnie tego, co dobre w relacjach damsko – męskich, ale i tego co złe. Dzięki nim poznałam rozkosze bycia razem ale i smak zdrady. Dowiedziałam się co to jest toksyczny związek i jak niewielki krok, dzieli miłość od nienawiści. Wiem także, jak bardzo samotnym można być w związku i jak ktoś, kogo się kocha, może bez mrugnięcia okiem, zamienić Twoje życie w piekło. Wszystkie te związki jednak, mają wspólny mianownik. Pozwalałam się wybrać, a nie wybierałam sama. Kiedy któryś z mężczyzn postanowił mnie zdobyć i był w tym zdobywaniu zdeterminowany, to prędzej czy później osiągał swój cel. Bo ja, podświadomie uważając się za niegodną miłości, mało wartościową i grubą kobietę, cieszyłam się, że ktoś mnie tak po prostu chciał. Nie umiałam jednak, zbyt długo się tym cieszyć, gdyż chcąc zadowolić swego partnera, stawałam się bezwolną, uzależnioną od jego humoru tudzież decyzji lalką. A kiedy doprowadzona do granic wytrzymałości protestowałam, przestawałam stanowić obiekt zainteresowania.

Tak czy inaczej wszystko to, o czym pisałam wyżej miało miejsce w tych związkach, w których pozwalałam się zdobyć. Nawet kiedy na mojej drodze, pojawiało się dwóch zainteresowanych mną mężczyzn jednocześnie, to nigdy nie podejmowałam samodzielnie wyboru, decydowałam jedynie o wejściu w relacje z tym, który o mnie bardziej zabiegał. Kiedy teraz o tym myślę, to nie żałuje, bo wiele się nauczyłam i nareszcie wiem czego nie chcę, a to już chyba wiele?

Zastanawiam się też czasem, co by było gdybym wybrała jednego z tych mężczyzn, którzy spokojnie czekali na mój wybór? Czy byłabym taka jaką jestem teraz? Czy przebudziłaby się moja świadomość,a może nadal żyłabym w jakiejś bajce…jako szczęśliwa żona i matka?

Odkąd w moim życiu następują te wszystkie zmiany, kiedy mentalnie i fizycznie sięgam dna, wiem już co powinnam zrobić, kiedy do mych drzwi zapuka po raz kolejny miłość. Szczerze mówiąc to miewam dni, kiedy za nią tęsknie i chciałabym aby już do mnie przyszła…Wiem jednak, że wszystko ma swoje miejsce i czas, a w oczekiwaniu na najlepsze, trzeba się wykazać ogromną pokorą i cierpliwością oraz wiarą w to, że taka sytuacja jest możliwa.

Postanowiłam zatem trenując cierpliwość, poćwiczyć również uważność, nie pozostając jednak przy tym zupełnie bierna. Z dnia na dzień czuje wewnątrz siebie spokój, co sprzyja uważności, ale otwieram również serce na drugiego człowieka, bez jakiejkolwiek powierzchownej oceny. A nawet kiedy ta ocena się pojawia, to zatrzymuję te myśl i zamieniam w pozytywną, stawiając sobie wyzwanie…dokładnie identycznie jak w zeszłym tygodniu, podczas oczekiwania na swoją kolej w Urzędzie Pracy, ale o tym w kolejnym wpisie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.