Zakochaj się na Wiosnę!

Czy warto się zakochać na wiosnę? A może wybrać kompletnie inną porę roku? Na przykład taka zima…można by siedzieć, w każdej wolnej chwili pod kocem, ogrzewając się ciepłem własnych ciał.Tylko któż by wychodził spod tego koca, aby zaparzyć przepyszną herbatkę z pomarańczą, cytryną, miodem, imbirem, goździkami i Bóg wie z czym jeszcze???

Lato..Cały poranek pod prysznicem, aby dla swego oblubieńca być czyściutkim i pachnącym. Ha!.. Nie zdążysz wytrzeć stóp, a już od nowa leje Ci się po plecach?! A potem już razem, taniec splecionych ze sobą ciał…głębokie spojrzenia, wilgotne pocałunki… koszulki i dłonie. Hmmm… Ratunku, niech mnie ktoś odklei ?!

Wiem, zakochajmy się jesienią? Kolorowo wokół, wręcz bajecznie.Dni coraz krótsze i chłodniejsze. Wiatr rozwiewa nam włosy, wpychając je do ust. Przemoczone do suchej nitki, zaliczony slalom gigant pomiędzy kałużami. Przewiane do szpiku kości, jedyne o czym marzymy, to ciepły koc i herbata. Mogłabym tak w nieskończoność, wynajdywać wiele argumentów przeciwko innym porom roku. Faktem jest, że tak naprawdę nie ma znaczenia to, jaką porę roku wybiorą nasze serce i kiedy spotkamy tę jedyną, właściwą dla nas istotę. Jednak osobiście uważam, że wiosna, gdy cała przyroda wokół budzi się do życia, z dnia na dzień wokół nas jest coraz piękniej i cieplej, jest najwdzięczniejszą porą roku, do łączenia się w pary. W końcu Matka Natura nie może się mylić? Prawda?


No dobrze, niechaj więc będzie wiosna. Kompletnie niezaplanowane, niespodziewane spotkanie oczu, serc i dusz. Poznajesz tę jedyną, tego jedynego i czujesz, że już od tej chwili, nic nie będzie takie samo. Z bagażem doświadczeń, rozpoczynasz batalię z własnym umysłem wbrew temu, co podpowiada Ci serducho. Pójść w tym kierunku czy przeczekać??? W końcu nie z takich potyczek, ludzkość wychodziła zwycięsko?! Walczyć z tym uczuciem, czy kompletnie się mu poddać? A co jeśli po paru tygodniach czy miesiącach, wszystko zakończy się burzliwym rozstaniem i złamanym serduchem? Zatem czy warto? Przeanalizujmy wobec tego, wszystkie plusy i minusy zaistniałej sytuacji. Przeglądając fora, skupiające wokół siebie zarówno zwolenników, jak i przeciwników owego stanu oraz robiąc wewnętrzny bilans tego, cóż owo uczucie wnosiło w moje życie i co z niego bezpowrotnie zabierało, dochodzę do następujących wniosków.

Człek zakochany, pozbawiony jest wszelakich odruchów, powiązanych chociażby częściowo z logiką. Cieszy się, gdy innym zbiera się na płacz, buja w obłokach soląc napoje, a słodząc posiłki. Bezustannie wzdycha i zatraca się, jak nie w ramionach ukochanego, to w marzeniach. Zaczyna snuć plany na przyszłość, tęskni za ukochaną/ukochanym nawet, gdy ten wyjdzie na moment do toalety. Ona chichocze z najbardziej żenujących jego dowcipów, a On rozpływa się nad tym, jak to Ona cudownie gotuje pomimo, że jego oblubienica, nagminnie przypala jajecznice lub pizze z Biedronki. Totalny stan permanentnego ogłupienia, ale jakiż cudowny, pełen życia i energii.

Pamiętam, jak starałam się udawać, że nie potrafię sobie poradzić z odkręceniem słoika, tylko po to, aby mój UKOCHANY mógł się wykazać, gdyż niestety śrubokrętem, tudzież młotkiem, mógł się głównie podrapać. A już z pewnością wybić mi pomysły, dotyczące remontu naszego wspólnego gniazdka. Ileż to ja się nanosiłam płaskich butów do sukienek i garniturków na imprezy, aby nie wprowadzać w kompleksy lubego. Posiłki w pudełeczkach do pracy, podczas gdy o kanapkach dla siebie, kompletnie zapominałam, żywiąc się na przemian kawą i czekoladą na gorąco. Na efekty owego poświęcenia długo nie musiałam czekać 🙁


Nawet, gdy przeklinamy chwilę, w której poznaliśmy TĘ PRZYCZYNĘ naszych późniejszych rozterek, zgrzytu zębów i rozpaczy. Gdy próbujemy niezdarnie posklejać nasze serducha, do przysłowiowej kupy. To i tak nie zamienilibyśmy tego stanu na żaden inny, tak zwany zdroworozsądkowy. Niestety na tego typu lekcjach, uczymy się jedynie unikania ponownych pokus, chociaż na nic udawanie, że nas to nie dotyczy. Z drugiej strony, nie wyciągamy długofalowych wniosków, by wkrótce po zasklepieniu ostatniej rany, na nowo wpaść w kolejny wir uniesień.

Świat w różowych okularach, spacery za rękę, rozpływanie się w objęciach, pocałunki od których kręci się w głowie, a motyle w brzuchu trzepocą z ekscytacji. To współodczuwanie każdym najdrobniejszym atomem. To zatracenie się w innej rzeczywistości, tak dalekiej od tego, co na co dzień serwują nam media. Noce pozbawione lęków, przepełnione namiętnością i żarem ciał. Czułe poranki, wspólne kawki i śniadanka. Słodkie oczekiwanie i przeszywająca na wskroś tęsknota, by w chwili ponownego połączenia opanowywać potok emocji.

Gdyby jednak nie było miłości na świecie, gdybyśmy się nie zakochiwali, świat byłby pusty, pozbawiony radości i chęci życia. Ograniczałby się do zaspakajania podstawowych potrzeb takich jak jedzenie, wydalanie, rozmnażanie czy polowanie. Ta miłość to taka wisienka na torcie naszego życia, które nie zawsze przypomina ów tort, chociaż w wielu aspektach wykazuje podobieństwa.
Pomimo, iż nie zawsze była dla mnie łaskawa, to nadal mnie otacza, wylewa się ze mnie i wpływa do każdej cząsteczki istoty jaką jestem. Dlatego pomimo wielu blizn i przykrych doświadczeń, nie zamierzam się przed nią ukrywać, a kiedy pojawi się w moim życiu…zaparzę jej pysznej kawusi….