Wyśpię się po śmierci…

Gdy po całym tygodniu wytężonej nieraz pracy, dociągamy resztkami sił do weekendu, mamy po brzegi wypełnione te dwa dni jedynie, w których tak naprawdę mamy szansę „pożyć”. I co wtedy robimy??? Gigantyczne porządki, pielgrzymki po hipermarketach, długasierne kolejki do kasy, pranie, odkurzanie i jazda na mopie…Nim się obejrzymy mamy niedziele. Popołudnie, po nim upierdliwie zagląda w nasze okna wieczór…a poniedziałek zbliża się nieubłaganie. My zmęczeni, przeciorani w nieludzkim tempie, niczym zombi, wisząc na poręczach w autobusie, ziewając lub dłubiąc w nosie wewnątrz samochodów, z minami skazańców, zmierzamy ponownie do pracy. I po co nam to wszystko???Kolejne wartościowe godziny naszego żywota, przeleciały nam przez palce, niczym piasek na plaży. Czy pamiętamy chociaż co jedliśmy na śniadania? Nie sądzę….

wellness-589770_1920
Aby zapobiec tego typu sytuacjom w moim życiu, krok po kroku i zaledwie częściowo, planuje chociażby jedną odmienną od codzienności rzecz, wydarzenie, sytuacje. Poza tym, zdaje się na zupełny spontan. I tak, sobotnie południe i fragment popołudnia, spędziłam w gronie przesympatycznych i ciekawych osób. Aby nie było to kolejne standardowe spotkanie w kawiarni, ściągnęłam ich wszystkich na chatę. I jak w przysłowiowej bajce o „Pchle szachrajce”…bal się odbył, lecz nie u mnie, trzeba przecież żyć rozumnie 🙂

Pijąc przepyszną kawusię, której składniki nadal pozostają dla mnie tajemnicą, z upaćkaną zieloną paciają twarzą, delektowałam się towarzystwem innych. Z minuty na minutę czułam, jak twarz mi się ściąga niczym maska. Z jednej strony „dobra nasza”, gdyż ja ze ściągniętą twarzą to ja milcząca :P. A, że gadulstwo mam we krwi, to podczas odnowy biologicznej, której hurtowo byliśmy poddawani, panowała kojąca cisza….A tak poważniej, to mogłam sobie bezkarnie pomilczeć, nie martwiąc się o zabawianie towarzystwa rozmową. W tym czasie, niezwykle pozytywna osóbka, z burzą loków misternie zawiniętych w koczek, uświadamiała nas w kwestii parabenów i innych paskudztw, z jakimi często kompletnie nieświadomie mamy do czynienia. Zostaliśmy podkarmieni, „zaopiekowani” do tego stopnia, że nikomu nie chciało się wychodzić, a jakby tego było mało, doświadczyliśmy uroku osobistego „PANA” tego domostwa- kota rasy brytyjskiej, o niesamowitych oczętach. Mini SPA, felinoterapia oraz spora doza wiedzy, w pigułce lekkiej do przełknięcia, oto cześć mojego kończącego się weekendu.

12016254_481306652053327_2099521759_o
Wracałam do domu zastanawiając się, czy to moje dłonie tak cudnie pachną po peelingu, moja twarz upstrzona wegańskim makijażem, czy może twarz mojej koleżanki Ewy, stojącej przede mną? Na samo wspomnienie naszych zielonych twarzy, za dużych stóp kolegi Piotra w zbyt małej miseczce, na mojej twarzy pojawia się uśmiech. I pomimo tego, iż niedziela z przyczyn ode mnie niezależnych, stała się dniem oczekiwania na moich następców, to weekend uważam za udany, bo nie został zmarnowany jedynie na porządki czy zakupy…

Kapryśna pogoda nie jest mi straszna, nawet jeśli wychodząc w pełnym słońcu, z okularami przeciwsłonecznymi na nosie, obrywam po twarzy śniegiem, a wiatr próbuje rozczochrać mi upięte z niezwykłą starannością i przy użyciu licznego arsenału spinkowego włosy. A jak Wy spędziliście właśnie mijający weekend??? Kiedy ostatnio dotarło do Was, że nawet nie wiecie kiedy skończył się tydzień, a zaczął weekend i odwrotnie? Może już najwyższy czas coś z tym zrobić? Zapewne się powtarzam, ale powtórki z naszego żywota nie będzie! Miłego wieczoru…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.