W podróży z tygrysem…

O tym, że podróże kształcą wszyscy wiemy. Bywają także pasmem stresu. Najfajniejsze jednak są te, które sprawiają,że śmiejemy się do rozpuku. A że śmiech to zdrowie…

W czasach, gdzie wszyscy spędzają każdą wolną chwilę, z nochalem w komórkach i komputerach, rozpoczęcie jakiejkolwiek wymiany zdań bywa kłopotliwe, czasem wręcz urasta do rangi wyzwania. Kiedy już byłam niemalże pewna, iż spędzę weekend pod znakiem wisielczego humoru, zdarzyło się coś, co zmieniło obrót sprawy. To kolejna sobota w Krainie Zmarłych. I nawet jeśli cała okoliczność była dość przygnębiająca, to cieszy mnie fakt, że mogłabym być blisko kogoś, kto tak niedawno jedną nogą też tam był. Spakowana, zwarta i gotowa, z pakietem żywieniowym na drogę oraz imbirem, który poniekąd stał się jednym z powodów do żartów, stałam na przystanku autobusowym. Zamieniłam słów parę z tatą, po czym rozsiadłam się wewnątrz przegubowca z kzk gop.

Próbując nie dopuścić do wywrócenia się walizki, marzyłam o filiżance kawusi, której moja mama nie zdążyła mi przygotować na drogę. Wtem usłyszałam pisk opon, po którym nastąpiło gwałtowne szarpnięcie. Do kolizji nie doszło, za to moje ciśnienie podskoczyło na tyle, aby kofeina stała się zupełnie zbędna. Kiedy z wolna, moje organy wewnętrzne, poczęły wracać na swoje miejsca, moim oczom ukazał się tunel dworca PKP. Z biletem w garści, ciągnąc za sobą walizkę na kółkach, torebkę, laptopa i siateczkę z prowiantem, dotarłam na peron. Na miejscu, permanentnie mnie przegwizdało, toteż prędziutko przeprosiłam się z czapeczką, kompletem rękawic i wełnianym kominem. W owych niemalże arktycznych warunkach, czułam jak pośladki, pomimo dżinsów przymarzają mi do stalowej, dworcowej ławeczki. I tak, opatulona jak na wyprawę w Himalaje, w rękawicach utrudniających korzystanie z komórki, tkwiłam w oczekiwaniu na pociąg.

Oczywiście, wagon z numerem 13, w którym powinnam się znaleźć, zatrzymał się na samiutkim końcu toru. Wzięłam głęboki oddech, po czym do tarabaniłam się do drzwi wejściowych. Szarpiąc się z torbami, dotarłam do przedziału. Wchodzę, zdejmuję kurtkę, a tam….tygrys?! Rzecz jasna, nie w pełnej okazałości, lecz coś na kształt miniaturki. Siedzi toto na stoliczku pod oknem, ma na sobie lila szeleczki i gapi się na mnie. Fanta, bo tak się wabiła kotka z przedziału, była zaprawionym w podróżach i spacerach na smyczy futrzakiem. Siedziała dostojnie przy oknie i obserwowała zmieniający się za nim krajobraz. Raz po raz, dla rozprostowania łapek, przechadzała się po przedziale.
A że na drodze siedzieli jacyś ludzie? Zupełnie jej to nie kolidowało ze spacerami. Czyś człeku spał, czy też nie, to od czasu, do czasu mogłeś poczuć łapki kocie, na swoich nogach, brzuchu lub klacie. Przy tym , skrupulatnie nas wszystkich obwąchiwała. Kiedy zatrzymała się przy mojej siatce zapytałam:

  • Masz ochotę na kanapkę z serem, pomidorka, jabłuszko a może kawałek imbirku?

Imbirek, stał się w późniejszym czasie obiektem żartów. Pasażerowie łączyli go zarówno z kotem, jak i innymi ludźmi, w ramach ubawu. Przedział, w krótkim czasie, zapełnił się studentami, mną i kotem. Wszyscy byli tak zaskoczeni tą niecodzienną sytuacją. Nie było pasażera, który nie zrobiłby Fancie fotki, tudzież nie podzielił się owym faktem telefonicznie ze znajomymi lub rodziną. W pewnym momencie, ciszę przerwał fragment rozmowy pasażera z przedziału obok. Wybuchnęliśmy głośnym śmiechem, gdyż tematyka owych wypowiedzi, z powodzeniem mogłabym stanowić kanwę do scenariusza jednego z odcinków „Trudne sprawy”, „Dlaczego ja” lub „Szpital”. Co chwilę padały z ust moich współtowarzyszy teksty typu:

  • „Poszczujmy pana tygrysem”, „Może pan powinien zażyć imbirku?” itp, itd. 

DSC_0268
Kiedy wyczerpały nam się już tematy, do rozmowy i żartów, można było obserwować następujący widok. Fanta spała na kolanach swej właścicielki, która zapatrzona była w telefon. Takich z nosem w komórce, łącznie ze mną, naliczyłam 5, z książką 2, z laptopem 1 i na koniec z nochalem w szybie kot. Niby razem, a każdy gdzieś indziej. W okolicach Łodzi ekipa zaczęła nam się przerzedzać. Potem Toruń i zmiana towarzystwa. I tu o fuksie mogłam zapomnieć. Próbowałam się zdrzemnąć, ale ciągle coś mi przeszkadzało….i jakoś bez tygrysa to nie było to samo. Pociąg się toczył po torach, ciszę przerywało chrapanie jednego z nowych pasażerów, a ja próbowałam zobaczyć coś, czego ze względu na ciemności egipskie, kompletnie nie byłam wstanie zobaczyć….i tak do Gdańska. Padam na twarz…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.