Teraz ja albo wegetacja!!!

12033142_1664189737126310_5402370046385925336_n
Rozwój osobisty, to dla wielu osób nadal jakieś czary mary, sekta lub inne pierdoły. Akceptuje ich punkt widzenia, ale nie rozumiem podejścia do czegoś, czego w większości wypadków nie znają. Widocznie taka już natura ludzka…?

Po raz kolejny życie pokazało mi, że nie ma czegoś takiego jak stałość, a jedyne czego mogę być na 100% pewna to zmiany. Nie łatwo jest przełknąć taką kluchę, ale gorsze rzeczy już mi serwowało życie. Stała nade mną taka menda i szturchając w bok syczała „żryj!!!”. Na początku, przerażały mnie wszelkiego rodzaju zmiany, tak wygodnie mi było w mojej strefie komfortu. Tworzyłam sobie kolejne warstwy ochronnej skorupy, skrywające moje wszystkie lęki. Przyszedł w końcu moment, w którym wyjścia już nie było. Albo ja, albo wegetacja.
Każdy z nas, doprowadzony do ostateczności, kiedy staje z twarzą przy murze, dotyka stopami dna, nie ma innej opcji, jak tylko odbić się od niego. Istotną jest kwestia tego, czy zaczniemy wszystko od nowa tak samo, czy też dokonamy znaczących zmian we własnym życiu??? Ja wybrałam zmiany i oto kolejne tego wyboru konsekwencje…

Co tu kryć…wdepnęłam…głęboko…z początku przerażona, z czasem uśmiechnięta od ucha do ucha.
Bawi mnie reakcja ludzi, którzy nie znają mojej historii…przychodzi taka do roboty i od progu suszy zęby!
Lubie to…oj potwornie lubię!!!

Decyzja o uczestnictwie w Festiwalu Wdzięczności i Motywacji była niezwykle spontaniczna…
Zerknęłam do portfela, szału nie było…potem na mapę i pokiwałam z politowaniem głową. Kiedyś w większości tego typu przypadków, w mojej głowie pojawiały się setki wymówek, powodów dla których nie powinnam czegoś zrobić. Ewentualnie mówiłam, że coś zrobię, a wtedy mój wewnętrzny krytyk- Kazik jak go pieszczotliwie nazywam, wyśmiewał mój pomysł wskutek czego, wycofywałam się z decyzji niczym rak.
Nie! Tym razem pojadę…choćby nie wiem co….!!!

I tak, rozpoczął się zarówno wyścig z czasem, jak i akrobacje logistyczne. Chciałam doświadczać tego wszystkiego w gronie znajomych i nieznajomych. I zaczęło się…
W dość krótkim czasie , wiedziona potrzebą motywacji i do energetyzowania się, zgłosiła się moja koleżanka. Po niej mój super kumpel, z którym byliśmy już na innych spontanicznych wypadach, w ramach zarówno rozwoju osobistego jak i integracji. Do naszej wyjazdowej paczki, dołączyła partnerka życiowa owego kolegi i niesamowita, jak się później okazało, kobieta z Goczałkowic…Jola.

DSC_0024
Jedno autko skompletowane. Gdyż na środek lokomocji wybraliśmy samochód. Z racji tego, że gdy dzielisz to generalnie mnożysz, finansowa strona naszej wyprawy jawiła się niezwykle obiecująco.
Moja radość jednak nie trwała długo. Na kilka dni przed wyjazdem, ekipa zaczęła mi się wykruszać, z różnych przyczyn. Kwestie powodów pominę.
Na dzień przed wyjazdem okazało się, że jestem tylko ja i Jola. Upewniwszy się, że obie trwamy w decyzji i pomimo perturbacji, zamierzamy jechać na ten event. Przystąpiłyśmy do reorganizacji. Dodatkowo, organizatorka wiedząc o moim dyskomforcie, (jak to delikatnie nazwę), związanym ze zrobieniem z siebie „pajaca” przed dużą grupą ludzi, wyznaczyła dla mnie misję specjalną. Spałam przez owe zadanie jedynie 2h, więc w pracy przemieszczałam się pomiędzy oddziałami niczym zombi. Po pracy, wpadłam na „genialny” jak mi się wtedy wydawało pomysł…

Po wyjściu od fryzjera miałam śliczne loczki i nieco koślawe brwi. Pozostało mi jedynie wrzucenie cielska do wanny, zapięcie walizki, zmiana odzienia i w drogę. Przed nami cała noc w pociągu, a na miejscu dzień wrażeń….no i moja misja….na Marsa hahahaha…
Współtowarzyszki okazały się przesympatyczne, za to siedzenia wąskie, twarde i niewygodne. Pierwsze zerknięcie na Jolę uświadomiło mi o tym, czego zapomniałam. Karimata została w przedpokoju…ehhh

W pociągu, późnym wieczorem, przemknął pan z wózkiem wypełnionym kawą i herbatą…zapytawszy go o to, czy nie uraczyłby nas tą kawą z rana odparł, że na najbliższej stacji wysiada. Super, madejowe łoże pod pośladkami, kawa na noc i zbyt mała torebka, aby mogła służyć za poduszkę. Twarda jestem…dam rade!
No i dałam…półprzytomna, niemiłosiernie powykręcana, dotarłam na miejsce. Jedno spojrzenie w wagonowe lustro pozwoliło mi ocenić sytuacje. Moja głowa wyglądała jakby piorun strzelił w kopę siana!

Wzięłam głęboki oddech, zobaczyłam tylko jak Jola zdejmuje wałki i uśmiechnęłam się do siebie…super, że miałam obok siebie tak pozytywnego krejzola.
Na dworcu, przywitało nas nieśmiało, przedzierające się przez chmury słoneczko… Wpadłyśmy do McDonald’s po kawę. Wokół pełno zombi. Po imprezie, albo po równie przespanej nocy jak i nasza.
Nasze komórki łapczywie pobierały energię z gniazdek, umieszczonych pod sofą, na której siedziałyśmy.
W tym czasie my, popijając kawy, próbowałyśmy dojść do siebie. Konwersacja ograniczała się do półsłówek, obserwacji otoczenia i łyków życiodajnego na tę chwilę płynu…

12047121_935685606468547_4450652209880573226_nToaleta dworcowa przywitała nas skrzeczącym : „Dwa pięćdziesiąt!”. Hmmm….za te kasę, to ja tu chwilkę zabawię pomyślałam….nieeee, ja to powiedziałam na głos?! hahahah…
Okiełznałam siano, poprawiłam makijaż, odświeżyłam co mogłam nad umywalką. W międzyczasie mój telefonik dobierał nieco energii. Aby dotrzeć na miejsce festiwalu, musiałyśmy odbyć kolejną podróż.
Tym razem znacznie krótszą i za pośrednictwem komunikacji miejskiej. Jak się wkrótce okazało, odnalezienie linii 130 lub 184 graniczyło z cudem. Zgodnie z powiedzeniem „koniec języka za przewodnika”, poczęłyśmy korzystać z tego organu. Ubaw był po pachy. Nie miałyśmy pojęcia, że w Gdańsku tak trudno trafić na Gdańszczanina. Zatem jaki informator, taka trasa. Kończąc robienie kolejnego kółeczka w okolicach dworca, dotarłyśmy wreszcie na miejsce. Po chwili, mknęłyśmy miejskim rumakiem w stronę Parku Naukowo – Technologicznego.

_20150927_001216
Na miejscu pierwsze sympatyczne znajomości. Nadeszła godzina zero, w której to, na początek całego wydarzenia, w ramach rozluźnienia atmosfery, miałam zatańczyć dla ponad pięćdziesięciu uczestników. W ramach poprawy morali, że tak to skromnie nazwę. Ręce mi się pociły, serducho waliło. Nikt z uczestników nie miał pojęcia, że oto ta lokata pyza na środku, przełamuje swoje ograniczenia i lęk przed publicznymi wygibasami. Stres mi opadł w momencie, kiedy wprowadziłam na „scenę” kolejnego uczestnika….
Niby nic…a wymagało to ode mnie pokonania samej siebie….dałam radę i z tego jestem dumna!
Pominę fakt, że wracając do domu opóźnionym pociągiem, spóźniłam się do pracy i musiałam zostać w niej dłużej. Do domu wróciłam wykończona, a następnego dnia…ten dzień jednak pominę…
A wiecie co w tym wszystkim jest najzabawniejsze??? To nie jest koniec ogromnych zmian w moim żywocie 🙂

2 komentarze

Filed under Tu i teraz...

2 Responses to Teraz ja albo wegetacja!!!

  1. Edyta

    Dobrze się czyta. Zabrakło mi tylko dokładniejszej puenty. Rwąca akcja, a ostatecznie nie dowiedziałam się (będąc bardzo ciekawa) cóż to za występ? 🙂
    Czego dokładnie dotyczył?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.