Sztokholm, Diablica i ja

Weekend spędziłam niezwykle sympatycznie. Zwiedzałam, śmiałam się, wygłupiałam i nawet przejadłam. Niestety to, co poprzedzało nasze wyjście do centrum, miało niewiele wspólnego z radosnym działaniem i spontanicznością. Nasza nastolatka, najpierw chciała z nami iść, po czym zabrakło jej motywacji przez problem z doborem właściwego na te okazje stroju. W międzyczasie, co chwile coś w komputerze, przykuwało jej uwagę na tyle, że wszystkie pozostałe czynności przestawały mieć znaczenie. A my z Sis stałyśmy w drzwiach i gotowałyśmy się w czapkach, kurtkach i szalikach. Nagle. z pokoju wypadła prawie piętnastoletnia Furia krzycząc,

że nie ma się w co ubrać, że mamy sobie pójść i zostawić ją w spokoju. Z nadludzką siłą zbierałyśmy w sobie resztki cierpliwości i siły. W pewnym momencie powiedziałam do siostry, że wychodzimy. W drzwiach dopadła mnie siostrzenica i tonując uderzenie , dosyć mocno ułożyła swoje dłonie na mojej klatce piersiowej każąc mi iść. Zamknęłam drzwi. Czułam, że w tej chwili z moją ukochaną dziewczynką dzieją się rzeczy, o których nikt nie ma pojęcia. Z wyjątkiem jej samej…Walczyła pomiędzy chęcią wyjścia z nami a obezwładniającą niechęcią do spotkania się ze światem zewnętrznym. W połowie drogi do metra zadzwonił telefon Sis, usłyszałyśmy, że mamy iść do Piekła. Spojrzałyśmy na siebie i gdy połączenie się skończyło, zaśmiałyśmy się… Ona bardzo chciała iść z nami. Oddzwoniłyśmy. Siostra powiedziała, że mamy dla niej bilet i będziemy czekać na Nią na stacji. Spóźniałyśmy się na umówione spotkanie….jak bardzo to miało się dopiero okazać. Będąc na stacji , niedługo po naszym przybyciu pojawiła się nasza śliczna Diablica. Podróż była zarówno dla mnie jak i dla Młodej koszmarna. Tym razem motorniczy postanowił zapewne przeprowadzić test hamulców. To ciągłe ruszanie i hamowanie przy sporej prędkości sprawiło, że parę stacji przez przystankiem docelowym, musiałyśmy wręcz biegiem wysiąść. Na miejscu humory wszystkim wracały, a i nabierałyśmy kolorków nieco bardziej przypominających skórę żywych. Spacerek po centrum był cudowny. Wszędzie kolorowe kamieniczki, oświetlone wystawy sklepowe. Dokoła nas ludzie z różnych stron świata, porozumiewający się różnymi językami świata. Bawiłam się telefonem próbując choć w części uchwycić urokliwość tego co widziały moje oczy. Naszą sielankę przerwały okrzyki „ Sto lat, sto lat, niech….”. Siostrzenica podbiegła błagając:
– Ciociu nie mów nic po polsku, proszę…nie przyznawaj się, że jesteśmy Polakami ?!
Uliczkę dalej, zataczając się, szła grupka pijanych kompletnie Polaków. Nawet jeszcze nie było wieczoru….Przestało mnie dziwić zawstydzenie Młodej. Ludzie zatrzymywali się i kiwali z osobliwym uśmiechem głowami. Cóż….pogarszamy sobie nasz PR w świecie.

received_10205952708194797received_10205952706954766

Kiedy nasze twarze i dłonie zupełnie już skostniały, a muszę przyznać, że na spacer wybrałyśmy dość mroźne popołudnie, wstąpiliśmy do kawiarni. Gorące czekolady, herbata, ciacha i moja latte. Tego nam teraz było trzeba. Lokal mieścił się w piwnicy, jednej z uroczych kamienic, na dosyć ruchliwej uliczce. Rozpoczęliśmy integracje, a ja miałam kolejną okazje do szlifowania angielskiego. Kolejnym punktem programu było sushi. Nie mając okazji wcześniej zjeść niczego, po czym nie miałabym rozstrojów żołądkowych lub niezidentyfikowanych bóli, zdałam się na siostrę, w kwestii wyboru dania. Powiem uczciwie, byłam zaskoczona smakiem. Był dość osobliwy. Z każdym kęsem smakowało mi coraz bardziej. Nie liczę chwili, w której nałożyłam na jeden z kawałków zbyt dużo wasabi i brakło mi wody w szklance aby ugasić ten ogień w ustach.

DSC_0177
moja porcja sushi z raczkami… 😀

Nie udało mi się zjeść całej porcji. W kinie wybór padł na „Black Hat”. Sensacyjny film o hakerach komputerowych, z aktorem grającym Thora, w jednym z filmów fantasy, jakie miałam do tej pory okazje oglądać.

I właśnie jedynie z tego powodu, oraz paru efektów specjalnych, ten film był dla mnie całkiem ciekawy. Pominę fakt dwóch przymrużeń oka, gdy akcja nieco się przedłużała 😉 Jedną z zaskakujących chwil w kinie był sam początek, kiedy to jeden z pracowników wszedł na sale, stanął na jej środku, przywitał wszystkich i zapowiedział film, jednocześnie prosząc o zabranie pustych opakowań ze sobą po seansie. U nas zaliczyłby cios z butelki lub popcornu…
Po seansie trafiliśmy na lody do McDonalda. Nie wszyscy je zamówili. Właśnie z tymi lodami miała miejsce, pewna zabawna sytuacja. Nasz Milciak poprosił chłopaka Sis, aby przytrzymał jej lody, gdy Ona zapinała kurtkę. Zgodził się chętnie, chwycił opakowanie i pobiegł z nim przed siebie, skręcając za rogiem. Musielibyście widzieć jej minę. Śmiałyśmy się jak szalone patrząc jak ruszyła w pogoń za Nim i opakowaniem swoich lodów. Wracałyśmy do domu w milczeniu. Ja przyczepiona jedną słuchawką do siostrzenicy, słuchając jakiegoś japońskiego hitu z anime. Sis korespondowała z druga „częścią” grupy, z którą spędziłyśmy te niezwykle miłe chwile. Zasnęłyśmy bez najmniejszych problemów…wszystkie trzy. Wcześniej miałyśmy mało okazji aby pobyć rodziną…teraz nadrabiamy….zapomniałam jak to fajnie mieć siostrę…rodzinę. Do tej pory za rodzinę uważałam ludzi, którzy potraktowali mnie jak wroga i oczernili przed innymi.

received_10205952705834738
Ja i moja ukochana Diablica :*

 

4 thoughts on “Sztokholm, Diablica i ja

  1. Madziu, wykorzystaj do maksimum każdą piękną chwilę, spędzoną z osobami, które kochasz i które kochają Ciebie 🙂 Życzę Ci wspaniałego pobytu w Szwecji!

  2. świetnie się Ciebie czyta Madziu 😉 historia jak z książki 😉 jakby książkę czytał 😉 może Ty pisarką powinnaś zostać?? hm? 😉

    Pozdrawiam
    Łukasz 😉

  3. Wczoraj usłyszałam, że w Sztokholmie 60% mieszkańców to single. Madziu, faktycznie tyle tam ludzi żyjących w pojedynkę?

  4. O to musiałabym popytać znajomych Siostry, ale paru singli obojga płci znam;)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.