Słów kilka o twardzielu…

Kiedy przynosimy do domu puchatą kuleczkę, która zabawnie podskakuje i liże lub gryzie wszystko co jej wpadnie w pyszczek, zupełnie nie myślimy o tym, co będzie gdy ona się zestarzeje i przyjdzie kres jej życia. Mamy rzecz jasna w świadomości to, że nikt wiecznie nie żyje i pewnego dnia przyjdzie nam się rozstać…. Jest to jednak tak nierealna myśl w tym momencie, co najmniej jak koniec świata.
Do jasnej cholery!!!!! Dlaczego nikt nas nie uprzedza o tym, że to rozstanie tak bardzo boli?! Niezależnie od tego czy tracimy człowieka, czy też ukochanego pupila…. Ktoś mi niedawno powiedział, że mam zjebane podejście do straty. Skoro cierpienie i żałoba po stracie kochanego członka rodziny jest synonimem zjebania, niechaj tak będzie! Cała w takim razie jestem zjebana i nie zamierzam się zmienić!

Neo zawsze był twardzielem. Potrafił bez najmniejszego pisknięcia nawet,  wrócić ze spaceru z przepołowioną niemalże poduchą w łapie. Orientowałam sie w sytuacji, kiedy odnajdywałam krwawą ścieżkę z łap, z windy w stronę drzwi wejściowych do mieszkania.
Przez te wszystkie lata przemierzyliśmy z moim psiskiem setki kilometrów. Wyszedł cało z różnego typu opresji, zatruć, ataków innych psów, blokujących szczękę patyków, które z lubością przerabiał na zapałki. Spędziliśmy godziny pod kroplówkami, przyjęliśmy serie zastrzyków, upuszczano mojemu zakapiorowi krew do badań i z napęczniałych krwią, uszkodzonych płatków uszu do miseczek. W każdej sytuacji byliśmy razem i razem zalegaliśmy na posadzkach gabinetów weterynaryjnych.

W pracy terapeutycznej był materacem, wałkiem rehabilitacyjnym, gigantyczną przytulanką, podusią, pocieszycielem, chusteczką nawilżającą umorusane jedzeniem rączki i buzie, ale i podporą w przemierzaniu kroków. Mobilizował do jedzenia, mówienia, pokonywania przeszkód i lęków. Cierpliwie znosił szarpnięcia, ciągnięcia, ślinienie, kokardki, kucyki zaplatane w sierści i zabezpieczone przed rozpuszczeniem gumkami. Ze stoickim wręcz spokojem, pomijając cichutkie popiskiwanie, przetrwał bez zaatakowania, wykręcanie ucha, do którego doszło w trakcie ataku epilepsji, u jednego z podopiecznych. Wystarczyły jedynie moje uspakajające słowa aby przetrwał dzielnie i to.

To ON zlizywał z mojej twarzy łzy i podskakiwał z radości razem ze mną, ogonem strącając okoliczne przedmioty. Był najlepszym i najbardziej upartym „urządzeniem”diagnostycznym jakie znałam. Jego wszędobylski nochal węszył we wszystkich miejscach, w których działo się coś niepokojącego według niego. I miał racje…. To ON, pomimo zaprzeczeń ginekologa, z upartością maniaka, kładł swój wielgachny łeb na moim brzuchu. Dzięki niemu, miałam szanse podjąć walkę o ratowanie mojego synka, niestety nieudaną…

Mój kudłaty przyjaciel przestał istnieć zaledwie w ciągu kilku dni… Zupełnie nie byłam gotowa?! Ale czy na coś takiego można się przygotować???? Nie sądze!
Nigdy nie zapomnę bólu rozdzierającego moje serce, kiedy okazało się, że mój kochany przyjaciel już nie ma szans?!
Nie wiem skąd znalazłam odwagę i siłę, aby przy NIM być w takiej chwili… Jedyna odpowiedź jaka mi przychodzi do głowy to miłość, obowiązek, lojalność względem członka rodziny. Mam świadomość tego, że zapewne parę osób się teraz obruszy, bo niby jak można porównywać człowieka do zwierzęcia???? Moim skromnym zdaniem, w wielu przypadkach ,to ludzie powinni uczyć się od zwierząt zachowania, chociażby względem rodziny.

Gdy przychodzi moment rozstania się z tym światem, to dla mnie nie ma znaczenia czy dotyczy to człowieka, czy zwierzęcia. Nie zostawię w takim momencie ani jednego, ani drugiego trzymając za rękę, łapę tudzież głowę szepcząc do ucha „kocham Cie, dam sobie rade, możesz iść?!”

Udawałam, że jestem dzielna do końca, mówiłam do NIEGO, jednocześnie pozwalając weterynarzowi rozpocząć usypianie. Widziałam jak bardzo się męczył, jak ciężko oddychał. Uklękłam na podłodze obok jego głowy. Przesunął ją w stronę moich dłoni, więc uniosłam ją na nich bliżej siebie. W tym momencie jego oddech nieco się uspokoił. Całowałam JEGO pysk, a z oczu kapały mi łzy, z nosa mi także ciekło. Wycierałam to wszystko w rękaw bluzki, którą wtedy na sobie miałam. Przypomniałam sobie komendę jaka mu wydawałam, zwalniając go z wszystkich innych komend. „Biegaj Neo, biegaj!”

Przestał oddychać. Nie czułam już na przedramieniu ciepłego powietrza z jego nozdrzy, zmieszanego z kropelkami wydzieliny. Był taki cieplutki. Jego sierść oblepiała moje ciuchy, twarz i spocone dłonie. Weterynarz poinformował mnie o ustaniu pracy serca. Nie byłam już wstanie dłużej być dzielna. Wybuchnęłam głośnym szlochem. Wylałam z siebie całą rozpacz, cały ból jaki w sobie nosiłam. Trzymałam te wszystkie emocje na wodzy, aby nie utrudniać MU odejścia….łączyła nas silna więź. Resztę pamiętam jak przez mgle. Bolało…tak strasznie bolała świadomość tego, ze JEGO już nie ma?!

Ocknęłam się kiedy usłyszałam swój własny jęk, pomieszany z wyciem psa hospitalizowanego za ścianą. Spojrzałam na leżącego nieruchomo Neo i zauważyłam, ze jest cały mokry od moich łez, śliny i wydzieliny z nosa. Nie jestem pewna, ale chyba moja przyjaciółka Ala, pozbierała mnie z podłogi przekonując do wyjścia z tej piwnicy. Pamiętam jak trudno mi było GO tam zostawić….Neo przestał istnieć, a na kafelkach pomieszczenia z rentgenem, wśród własnej sierści, z kałużą kału za ogonem leżało umęczone ciało mojego psiska. Przerażający widok. Chciałam go zabrać ze sobą, ale zdałam sobie sprawę z tego jak ciężki jest. Nie miałam nawet łopaty…poza tym, już oczami widziałam treść donosu „życzliwych”sąsiadów w tej sprawie….

Kiedy pomyślę o tej całej sytuacji, to z przerażeniem dociera do mnie fakt, że gdyby nie pomoc bliskich mi osób, nie byłabym wstanie nawet ulżyć w cierpieniu swojemu przyjacielowi. Konałby w cierpieniach na moich rekach , na podłodze,  w mieszkaniu rodziców….chyba, że udałoby mi się sprzedać samochód, za cenę rachunku w lecznicy. Pociesza mnie za to myśl, że już nie cierpi, a ja mam znowu w swoim życiu prawdziwych przyjaciół, łącznie z siostrą, która oprócz pomocy, razem ze mną i mamą, opłakiwała jego stratę…

11350823_392557590928234_1817011469260582765_n
Jestem szczęśliwym człowiekiem, bo dane mi było doświadczyć takiej więzi ze zwierzęciem. Neo nauczył mnie, jak taka relacja powinna wyglądać i do czego są zdolne psy, w imię miłości do człowieka. Kochał ludzi, a przede wszystkim dzieci. Nigdy nie wchodził w konflikty z innymi zwierzętami. Wzorcowy przykład pacyfisty! Dlatego kiedy słyszę teksty w stylu, że ludzie umierają, a psy zdychają, to otwiera mi się w kieszeni scyzoryk, którego nie mam….a szkoda!

2 thoughts on “Słów kilka o twardzielu…

  1. Madziu, niestety tak jest skonstruowany świat, że nasze ukochane psiaki żyją stanowczo za krótko. Ale będą z nami przez całe nasze życie, bo w naszych wspomnieniach wciąż będą najwspanialszymi przyjaciółmi!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.