Sentymentalnej Optymistki Boje o Swoje…

Zmiana…Nieuchronna kolej losu. Czy oczekujemy jej z zapartym tchem, czy też z przerażeniem odganiamy ją od siebie, niczym natrętną muchę i tak nadchodzi. Wchodzi w nasze życie z impetem w głąb. To jedna z tych sytuacji w naszej egzystencji, na które kompletnie nie mamy wpływu. Nawet jeśli, zupełnie nie jesteśmy świadomi pewnych reguł rządzących tym światem, to i tak jesteśmy zmuszeni doświadczać wszystkiego, co nam misternie przygotował. Bycie świadomym człowiekiem, to wbrew obiegowej opinii nie taka „bułka z masłem”. Co z tego, że wiemy jaki mamy dzień, miesiąc czy rok, skoro nie potrafimy sobie przypomnieć, co jedliśmy wczoraj na śniadanie? Życie w ciągłym biegu sprawia, że z przerażeniem odkrywamy jak wiele nas minęło. Chodzimy do pracy, której często nie trawimy, bo tak trzeba. Niczym roboty, przemykamy od startu do mety. I niewiedząc kiedy, przechodzimy na emeryturę…o ile jej w ogóle dożywamy? Tak wiele planów, tak wiele spraw odkładamy na czas emerytury…nigdy ich nie spełniając.
Co takiego zatem, musi się wydarzyć w naszym, albo w życiu naszych bliskich, abyśmy się choć na chwilę zatrzymali?!

Facebook jest zalewany setkami, jeśli nie tysiącami tzw. pozytywnych sentencji…ale czy jesteśmy pewni, że rozumiemy o co tak naprawdę w nich chodzi??? Czy zastanawiamy się się nad tym, co takiego musiał doświadczyć autor owego tekstu, aby ten z kolei mógł powstać? Żyjemy przesiąknięci schematami, zasadami, życiowymi mądrościami, wzorowanymi na przysłowiach. Wydaje nam się , że pozjadaliśmy wszystkie rozumy. Każdy nowy trend, wchłaniamy niczym gąbeczki i podążamy za nim, aby nie odstawać od grupy. Chwalimy się naszymi postępami, nawet jeśli tak naprawdę jest to jedynie fikcja, a my sami nie ruszamy pośladków z kanapy, a nosa nie wystawiamy poza ekran laptopa. W wirtualnym świecie, kreujemy się na bohaterów we własnym życiu. A co jeśli ktoś stawia przed nami wyzwanie, wymagające od nas działania?
W pierwszej chwili, z obawy przed odrzuceniem, odstawaniem od reszty, podejmujemy je. Niestety z dnia na dzień, zaczyna nas ono przerażać. Wymówki kłębią się w naszym umyśle, niczym mrówki w mrowiskach. Argumenty, dla których nie robimy wielu rzeczy, powodujących zmiany w naszym życiu, otoczeniu, wyglądzie, mnożą się jak grzyby po deszczu. Najgorsze jest to, że jesteśmy święcie przekonani o tym, że zrobiliśmy wszystko co w naszej mocy, ale po prostu nam nie wyszło….wszyscy są winni, tylko nie my.
Tak wiele spraw pozostawiamy losowi, nawet jeśli jesteśmy wstanie wpłynąć na bieg zdarzeń. Funkcjonujemy w świętym przekonaniu o tym, że na nic nie mamy wpływu. I nagle…trach!!!! Niczym grom z jasnego nieba, spada na nas wiadomość o śmierci bliskiej osoby, choroba, wizja śmierci nas samych, odejście partnera.
Dlaczego musimy zostać przygwożdżeni do muru, zapędzeni w przysłowiowy „kozi róg””, aby odnaleźć w sobie siłę do działania?!
Niestety. Widocznie tak jesteśmy skonstruowani. Wizja ogromnej przyjemności, albo strach przed najgorszym, czyli chęć uniknięcia cierpienia, zmusza nas do aktywności.

Moje życie było jak sen. Jak mroczny koszmar z dreszczowca, w kilku aktach, z kilkoma chwilami radości, tak ulotnymi, że odeszły gdzieś w niepamięć. Przemoc, zdrady, wizja śmierci najbliższych osób, śmierć nienarodzonego dziecka i jego pogrzeb. Wypadek samochodowy, tygodnie na herbacie, tudzież gotowanych ziemniakach, nieudane małżeństwo, depresja, presja w pracy i na końcu śmierć kudłatego przyjaciela na moich dłoniach. To tylko część doświadczeń, jakie było mi dane przeżyć, a mimo to nadal się uśmiecham i wierzę w to, co dla wielu ludzi nie jest możliwe! Jak czasem o tym pomyślę, to sama się sobie dziwię.

Żyłam wśród ludzi, którzy kierowali się negatywnymi opiniami na temat życia, pieniędzy i ludzi. I chociaż część z nich, zapewne mnie kochała, pewnie nadal kocha, to niestety wdrukowali mi wiele własnych przekonań. Te przekonania właśnie, stworzyły w mojej głowie masę blokad, które nie pozwalały mi na rozwój. I tak tkwiłam w tym bagienku ograniczających mnie przekonań, do zeszłego roku. Za kilka dni, minie równy rok od momentu, kiedy uświadomiłam sobie fakt, że nie jestem szczęśliwa, nie podoba mi się moje życie, nie podobam się sama sobie, a człowiek przy mym boku, tylko utwierdza mnie w tym przekonaniu. Tego właśnie dnia wstałam, ubrałam się i wyruszyłam do pracy. Nie dotarłam do niej jednak…utknęłam na kanapie u rodziców, tępo gapiąc się w sufit. Pamiętam silne emocje, całe ich fale. Strach graniczący z paniką przy dźwięku komunikatora, zwiastującego nadejście kolejne paskudnej, uwłaczającej mojej godności wiadomości, od człowieka, który tak wiele mi przysięgał…na dobre i złe… Przestałam w pewnym momencie czuć, byłam odrętwiała, coraz bardziej obojętna. Przestałam spać…w nocy przewracałam się z boku na boku, oczy mnie piekły niemiłosiernie.
Życie nie miało dla mnie najmniejszego sensu. Fakt, że w ogóle wtedy egzystowałam, wydawał mi się wtedy wybitnym nietaktem.

fear-615989_1920
Potem była twarz lekarza, moje nerwowe potrząsanie nogami na krześle. Ruszał ustami, ale nie rozumiałam co do mnie mówi. Mimowolnie po moich policzkach płynęły łzy. Zastanawiałam się czy zwariowałam?!
Lekarz zaczął wypisywać recepty, a ja kalkulowałam, czy ten arsenał, wystarczyłby na przerwanie tego koszmaru, jakim stało się dla mnie moje własne życie.
Do końca mojej obecności na tym świecie, będę wdzięczna mojej mamie za to, że pewnego popołudnia, zaciągnęła mnie na sofę w jasnym gabinecie. W ramach zadawanych mi ćwiczeń, już po kilku spotkaniach zaczęłam odzyskiwać chęć do życia…
Zaczęłam pisać. Najpierw do szuflady, potem w grupie wdzięczności, z której mnie wyrzucono z niewiadomych mi do dzisiaj powodów. Dzięki temu, rozpoczęłam przygodę z blogiem. Krok po kroku, wyrzucałam z siebie emocje, te dobre i te złe…
Na własne życzenie i po podjęciu świadomej decyzji, zasiliłam szeregi bezrobotnych, bez prawa do zasiłku. Nabierałam dystansu poza granicami kraju, gdzie moje pisanie ujrzało światło dzienne i zgromadziło rzeszę wiernych czytelników. Za co z tego miejsce, serdecznie wszystkim dziękuje.
Po powrocie do kraju nie miałam pracy, mieszkania i pieniędzy. Skazana zatem byłam na pomoc rodziców. Wokół mnie zawsze było pełno ludzi. Kiedy naprawdę potrzebowałam wsparcia, zapadli się pod ziemię, albo mieli dla mnie jedynie złote rady, traktując mój stan jako oderwanie od rzeczywistości, tudzież opieszałość w działaniach. Nie mam do nikogo pretensji, gdyż wielu rzeczy się w tym czasie nauczyłam. Byłam w wielu ciekawych miejscach, poznałam wielu inspirujących ludzi. Problem stanowiło podejście do mojej osoby, przez pryzmat własnych przekonań i doświadczeń. Takie podejście do człowieka i sytuacji w jakiej się znajduje, nigdy nie działa.
Od zeszłego roku przeszłam gigantyczną transformację. Z ufnością patrzę w przyszłość. Lęki, które stale mi towarzyszyły zbladły i zamieniły się w coś, na kształt tremy przed występem. Kiedy będziecie czytać ten tekst, ja zapewne będę sobie mościć gniazdko w nowym życiu. Do niedawna, miałam pracę na zastępstwo w szpitalu, dach nad głową, w postaci pokoju u rodziców i szesnastoletni samochód, który wczoraj sprzedałam.

Po krótkim podsumowaniu mojego dotychczasowego życia, zadałam sobie pytania: czego pragnę od życia i co jest dla mnie obecnie najważniejsze? W odpowiedzi pojawiła się myśl o niezależności, w każdym tego słowa znaczeniu. Siedzę zatem pomiędzy dwoma walizkami, do których pakuję cząstkę mnie samej, mojego życia i wyruszam na drugi koniec Polski. Tam, dokąd prowadzi mnie moje serducho. Nowi przyjaciele, nowa praca, własne eM i tabliczka na drzwiach : MAGDALENA POLAK !

 

Ten artykuł, jak i poprzedni oraz każdy następny możecie przeczytać w magazynie NUMER 1  http://n1m.pl/, gdzie oprócz mnie publikuje wielu wspaniałych i inspirujących ludzi… zapraszam 🙂 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.