Rowerowe potyczki ;)

Pierwszy rower jakiego miałam zaszczyt dosiadać zwał się bodajże “Reksio” i nie miał jednego pedału. Którego? Nie pamiętam. W każdym razie znacznie to ograniczało możliwość przemieszczania się.
W tamtych czasach, a były to lata osiemdziesiąte, kreatywność dzieci nie znała granic. Dorosłych zresztą także, ale nie o tym chciałam……W każdym razie , z braku innych rozrywek na wsi, a były to wakacje, postanowiliśmy rozpocząć prywatne, od A do Z własnego pomysłu ,lekcje jazdy na tymże rowerze.
Ale cóż począć kiedy nijak nie można pedałować. Jedna nogą? Ryzykowne…A co z równowagą? Od równowagi zatem postanowiliśmy zacząć. Posiadłość dziadków znajdowała się na górce, a droga żwirowa wiodła ku dołowi.
Postanowiliśmy wykorzystać te dogodne warunki topograficzne. Rower był jeden, a nas trójka. Ustaliliśmy kolejność, po czym rozpoczęliśmy naukę. Hierarchia wykonywanych przez nas czynności wyglądała następująco:
– ustawić rower na górce,
– usiąść na siodełku rozstawiając nogi po bokach ( cud , że było siodełko),
– odepchnąć się nogami a następnie unieść je ku górze na boki,
– z całych sił przeciwdziałać upadkowi,
– zatrzymać się, po czym odprowadzić rower na górkę. I tak w kółko do znudzenia…
Pierwszym , wyposażonym kompletnie rowerem jaki dostałyśmy z siostrą na spółkę, był UNIVERSAL. Śliczny , srebrny, za cholerę nie potrafię sobie przypomnieć powodu,
dla którego obkleiłyśmy go paskudnymi białymi naklejkami z napisem SKODA ?!
Tak czy owak nie posiadałyśmy się z radości. Niestety historia tego roweru miała swój ponury sekret. Rower był na książeczkę “G”, czyli dla górników, a tata był murarzem.
Po późniejszym dochodzeniu, okazało się, że dzięki niedostatecznej chęci do zdobywania wiedzy przez dzieci sąsiada, my, posiadaczki świadectw z wyróżnieniem, mogłyśmy sobie wyrywać z rąk i spod tyłka ,nowiutki rowerek 😉
A że byłyśmy księżniczkami mamusi i nawet na rowerku siedziałam w spódniczce to i dziury w rajstopach były częstą skazą w moim wizerunku.
Przed osiemnastymi urodzinami, tatuś obiecał mi górala. Nie posiadałam się wprost z radości. Na komunie nie dostałam, to chociaż na osiemnastkę.
Musielibyście widzieć moją minę gdy zamiast górala tata sprowadził mi z Niemiec, gdzie wtedy pracował kolarzówkę.
Męska ,z rurką na wysokości krocza. Po kilku próbach zatrzymania tego potwora, a ponieważ używanie hamulców przy kierownicy kończyło się bolesnym upadkiem, postanowiłam z niego zeskoczyć.
I tu pozostawiam Waszej wyobraźni moje bliskie spotkanie z wcześniej wspomnianą rurką.
Długo nie umiałam porządnie usiąść. Toteż ,gdy 3 miesiące później rower ten został skradziony z piwnicy ,nie posiadałam się wprost z radości.
Od tamtej pory zasiadałam na rowerach sporadycznie, aż do czasu kiedy to mój małżonek obdarował mnie wrzosowo-biało-czarnym rowerem crossowym.
Bajka nie rower, do tego kask dla bezpieczeństwa i odpowiedni rzecz jasna strój. Najciekawiej wspominam gacie z “pieluchą” w kroku, na wypadek dłuższego przebywania na siodełku.
I tak rozpoczęłam wyprawy z mężem w nieznane na moim cudeńku. Cóż z tego, skoro mój mąż wybierał najdalsze trasy, których pokonanie graniczyło nieraz z cudem.
Ledwo docierałam na miejsce a tu trzeba było wracać. Totalny brak kondycji, astma, do tego brak wcześniejszego przygotowania. Trasa przebiegała z najdalej wysuniętej na południowy -wschód dzielnicy Katowic do Parku Chorzowskiego.
Na miejsce dotarłam w stanie agonalnym, wszystkie mięśnie mi drżały i odmawiały posłuszeństwa. Postój jedynie pogorszył ten stan.
Jak się pewnie domyślacie nie byłam wstanie wrócić do domu. Rozpłakałam się co niestety nie spotkało się ze zrozumieniem mojego męża.
Wkurzony ruszył w powrotną drogę zostawiając mnie daleko w tyle. Dzięki wsparciu nastoletniego szwagra udało mi się jakoś przebrnąć te męczarnie jaką była dla mnie ta przejażdżka.
W chwili obecnej z całego zestawu posiadam jedynie strój do jazdy na rowerze….reszty nie byłam godna zatrzymać?!
Swoją drogą ciekawe… sto dziewięćdziesiąt kilka centymetrów wzrostu i ponad sto kilogramów wagi na moim “różowym rowerku”…..od razu mi lepiej, a Wam? hahahahahah

3 thoughts on “Rowerowe potyczki ;)

  1. Ciekawa historia można się uśmiać . A mąż może lubi właśnie takie rowerki haha . Głowa do góry i uśmiech na ustach to najlepsze jest lekarstwo na całe zło tego świata .

  2. Co to za facet, który odbiera żonie wszystko, co podarował. Brak słów. Może podarował Ci Madziu jakąś bieliznę, to oddaj mu ją też, niech się w nią ubierze i wybierze na przejażdżkę na różowym rowerku 😉 jaki on będzie wtedy „męski” 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.