Podróże, te małe i duże…cz. 2

Kiedy zamykałam w piątkowy wieczór oczy, nie przewidywałam, że moje wernisażowe plany, zastąpi wycieczka nad morze. Była sobota, z kuchni dobiegały odgłosy porannej krzątaniny.
Nagle do pokoju, w którym spalam weszła moja Siostra pytając, czy mam ochotę na wyprawę nad morze. O niczym innym nie mogłabym w tym momencie marzyc, widząc przebijające się przez szczeliny żaluzji promienie słońca.
Droga nad morze była jedną, krętą serpentyną. W górę, w dół, skręt w lewo, skręt w prawo.
Słonko raziło, a ja czułam, że mój żołądek niekoniecznie podziela moją radość. Po drodze nastąpiła konieczna, aczkolwiek nieoczekiwana zamiana miejsc.

Przez resztę drogi mogłam się już swobodnie cieszyć pięknymi widokami. Czerwone domki, swobodnie biegające konie w zagrodach, puste przestrzenie i zalesione wzgórza…niesamowite. Na miejscu zastaliśmy lód pod stopami, wiatr na twarzy, wiatr w plecach i cudownie świeże, mroźne powietrze. Wzięłam głęboki oddech, byłam w niebie. Wędrowaliśmy przez porośnięte drzewami i krzakami pagórki. Co jakiś czas, można było podziwiać głazy obłożone mchem, kępy wrzosów, nieco wysuszone, ale jednak…i ten zapierający dech w piersiach widok. Ostrożnie stawiałam stopy, krok za krokiem przemieszczałam się z miejsca na miejsce.Myśl o konsekwencjach ewentualnego upadku, co jakiś czas zakłócała mi radość obcowania z naturą. A kiedy udało mi się choć na chwile zapomnieć…
– Magda, uważaj gdzie stajesz, patrz pod nogi, tu wszędzie jest ślisko ?! – przypominała mi Sis.
Spacerowaliśmy we trójkę. W pewnym momencie każde z nas , znajdowało się w innym miejscu.

Sis, skrupulatnie dokumentowała fotograficznie naszą wycieczkę, dbając o odpowiedni kadr, światło i uśmiech. Ten ostatni, często zmieniał się w zabawny grymas, spowodowany lodowatym wiatrem. Pokrywałam usta, coraz to nowszą warstwą pomadki ochronnej, która w pewnym momencie zaczęła się odrywać płatami. Wyglądała jak sylikonowa powłoka. W pewnej chwili , obie pożałowałyśmy pomysłu z makijażem. Tusz spływał nam po policzkach zostawiając czarne smugi. Krótko mówiąc, oczy nam łzawiły marznąc na wietrze. Wraz z zachodem słońca dotarliśmy do jedynej w okolicy restauracji. Innej nazwy na to miejsce nie potrafię znaleźć. Klimat tego miejsca był zaiste osobliwy. Na zewnątrz, tradycyjne, czerwone zabudowania z pokojami do wynajęcia. Wewnątrz przyciemnione światło, rozmieszczone punktowo. Na stojaku obok baru wisiały ręcznie robione swetry. Sale wypełniały drewniane stoły, ławy i krzesła. W rogu, oparte o ścianę stały drewniane koła. Niedaleko naszego stolika, można było podziwiać starą maszynę do szycia. Ściany zdobiły piły, a wokół unosił się zapach kawy i wypieków. Nas było troje i piły też były trzy. Zastanawiałam się czy pić gorącą czekoladę i zajadać ciasta o nieznanej mi nazwie czy zwiewać???? Zostaliśmy…

 

Czekolada nie smakowała jakoś wybitnie…ot zwykły napój jakich wiele. Była za to gorąca i słodka. Można było trzymając kubek w dłoniach, choć na chwilkę je ogrzać. Zamówiliśmy różne rodzaje ciast i dzióbaliśmy widelczykiem po kawałku, z każdego z trzech talerzyków. Trochę rozmawialiśmy, chwile milczeliśmy rozkoszując się smakiem. Obserwowaliśmy ukradkiem Tubylców. Oni nas również, zwłaszcza kiedy w pewnym momencie, porozumiewaliśmy się w trzech językach. Zastanawiałam się ile czasu, zajęłoby mi opanowanie szwedzkiego..? Wracaliśmy do domu w milczeniu. Ta ogromna dawka morskiego powietrza sprawiła, że poczułam się senna. Drzemałam w drodze powrotnej. Na miejscu, wystarczyło mi energii na obejrzenie jednego filmu. Padłam w nogach łóżka, w „opakowaniu”. Zamieniłam je na piżamę dopiero w środku nocy. Nie planowałam tego dnia w ten sposób, ale ciesze się że właśnie tak go spędziłam.

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.