Podróże, te małe i duże…cz. 1

Lubie podróże, ale z moich doświadczeń wynika, że one nie koniecznie lubią mnie. I tak w ramach swoich wojaży nocowałam na lotnisku, siedziałam godzinami czekając na spóźnione samoloty, pociągi, autobusy. Co do autobusów, te z kolei, wiozły mnie w świat z psującymi się wewnątrz toaletami. Na postojach z kolei sterczałam w niemiłosiernie długich kolejkach do WC. Kiedy już była moja kolej, słyszałam włączający się silnik mojego autokaru, oznajmiający odjazd. I takim właśnie cudem, na pytanie mamy po moim przyjeździe do Włoch :
– Córciu głodna jesteś, chce Ci się pic? Było….
– Mamo sikuuuu…?!

Miałam również wiele edukacyjnych przygód. Jazda metrem w przeciwnym kierunku do zamierzonego i powrót. I takim oto cudem, odbyłam niezwykle ciekawą wycieczkę “krajoznawczą”.
Miałam także okazje przypomnieć sobie słowa Litanii oraz Różańca w wykonaniu współpasażerek, kiedy to lecąc niedługo po zamachu w Smoleńsku, pechowo zajęłam środkowe siedzenie w samolocie do Sztokholmu. Pamiętam, że moja wrodzona cierpliwość do ludzi, wtedy osiągnęła kres.
Poinformowałam obie Panie, że jeśli w tej chwili nie zaprzestaną owych “procederów” to wzywam stewardesę! Nie zamierzałam jeszcze umierać, wręcz przeciwnie chciałam się nacieszyć startem, który wręcz uwielbiam 😉 A tu: “ Zdrowaś Mario, Łaski…”

Podróże kształcą, ale zapewniają również wiele niezapomnianych spotkań międzykulturowych.
Jednym z bardziej pamiętnych, było spotkanie miłego, jak się na pierwszy rzut oka wydawało, starszego pana, w holu szpitala w Teramo. Niestety moja ocena okazała się niezwykle pochopna.
Ów starszy pan, dzierżąc w lewej ręce banknot 10 €, prawą wskazywał na rozporek. W tym samym czasie językiem wypychał policzek, wyraźnie proponując coś na co absolutnie nie miałam ochoty! Nie zastanawiając się długo, przywaliłam obleśnemu dziadkowi ciężką, wypełnioną słownikami i rozmówkami torebką. W całym tym zamieszaniu, dotarło do mnie, że jednak mama miała racje, rozpoczynając moją edukację z włoskiego słowem “spadaj” ( delikatnie rzecz ujmując :P).

sumava-546020_1280 holiday-631203_1280

Nie mniej uroczą sytuacje miałam będąc nieco dłużej w tym kraju. Otóż zdarzało się, że mama przysyłała po mnie kogoś znajomego, aby ten wyciągnął mnie z domu chociażby na spacerek.
Nie zawsze mogla wybrać się ze mną, a chciała żebym poznała to cudowne miejsce, w którym spędziła parę dobrych lat. Pamiętam jak mi powiedziała, że ten znajomy zna angielski, wiec będę mogła przy okazji i ten język poćwiczyć. Jakież było moje zaskoczenie, kiedy ten znajomy dzwoniąc do mnie powiedział:
– You and I twenty o´clock, exit! “
Śmiałam się jeszcze z pół godziny po telefonie, ale zrobiłam o tej dwudziestej exit i było całkiem sympatycznie hehehe.

1 thought on “Podróże, te małe i duże…cz. 1

  1. O matko! Tym „Miłym starszym Panem” to mnie rozwaliłaś:) hahaha
    No tak – podróże nie zawsze kształcą nas i dają takie wrażenia, jakich byśmy chcieli, chociaż z drugiej strony to znak, że masz „to coś” 😉
    Khm Khm

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.