Opowiedz mi o miłości…

Miłość, oprócz zdrowia i kasy (dla niektórych), bezcenny i poszukiwany bez wytchnienia skarb. Czy aby jednak wiemy czym ta miłość jest? Czy jesteśmy wstanie, z czystym sumieniem i pełnym przekonaniem, potwierdzić to, że choć jeden raz w życiu jej doświadczyliśmy w pełni? I nie mam tu na myśli uczuć, jakimi obdarzają nas rodzice, tudzież emocji jakie żywią do nas nasze dzieci. Mam na myśli uczucie, które spaja ze sobą dwoje dorosłych ludzi, dwoje serc i dusz. Sprawia, że akceptujemy w sobie wzajemnie, zarówno blaski jak i cienie. Gdy wzrok nasz, nie znajduje się w naszych gałkach ocznych, a zmienia swoje umiejscowienie, na wysokość klatki piersiowej i bijącego intensywnie w niej serca. Każdy dzień rozpoczyna się i finalizuje uśmiechem i myślą o nim/o niej. A zakupy kończą się przewagą produktów, które nie my lubimy, lecz oni/one. Gdy serce łopoce, wyczuwając to najukochańsze z Istnień, nim nasze nozdrza wyczują woń pożądanego ciała,  jej perfum lub jego wody po goleniu…

Kiedy słyszymy jakie jesteśmy cudowne, z opuchniętymi oczyma, zapchanym nosem, chude lub zbyt puszyste, z bujną, czasem niesforną burzą włosów lub kompletnie łysą czaszką, z wizją śmierci w oczach…Po czym możemy poznać, że to miłość właśnie? Czy wyznacznikiem jej jest zachwyt nad naszym ciałem, gdy jesteśmy u szczytu formy? A może trwanie przy nas pomimo trudności i kłód pod nogami? W zdrowiu i w chorobie…w biedzie i w bogactwie. Cóż dzisiaj znaczy przysięga, którą wypowiadamy w chwili uniesienia, w obliczu Boga, Urzędnika i setki gości?! A co z sygnałami jakie daje nam ciało, w tej jednej z najważniejszych sytuacji w naszym życiu? Czy chęć bycia kochanym, tak bardzo przesłania nam wszystko inne?! Dlaczego obdarzając innych miłością, zupełnie zapominamy o sobie? Dlaczego przysięgając innemu wierność, nie dochowujemy tej wierności sobie, zbyt często działając na własną szkodę? Niczym ćmy do ognia, pędzimy na oślep za odrobiną chociażby czułości, namiętności, dobrego słowa…


Jak to jest, że w imię miłości, jesteśmy wstanie tak wiele poświęcić, nawet siebie samych? Nie słuchamy swojego serca, nie słuchamy intuicji, przyciągani żarem ciał lub czasem wizją należenia do kogoś, zakończenia samotnej drogi. Czy ta droga ma jakikolwiek sens? Czy rzucanie się na głęboką wodę uczuć, zostawiając na brzegu siebie, niczym odzież wierzchnią, może doprowadzić nas do spełnienia? Czy taki związek ma w ogóle sens? Czy to kolejna utopia, po której zostaje nam w sercu ogromna wyrwa, dziura niczym krater wulkanu, który po rozstaniu, wyrzuca z siebie lawę, pełną nienawiści, żalu i goryczy?! A zamiast słów przysięgi, niczym echo, odbiją się wśród ścian groźby i epitety pod naszym adresem. I zamiast miłości, lub pomimo niej, nasze serce grzęźnie w okowach lęku przed tym, który tak niedawno był nam najmilszy na świecie…

Tworzymy różne związki. Różni ludzie, różne emocje, różne pragnienia i wizje. Czasem to, co zdawało nam się miłością, było echem naszych własnych przekonań. Ten, którego wybrałyśmy, ta którą obdarzyliśmy żarem westchnień, pokazali nam jedynie to, czym sami darzymy siebie, nie mając często o tym pojęcia. Wiele razy już poruszałam temat luster w swoich tekstach, lecz i w tym przypadku jest on adekwatny. W zachowaniach naszych partnerów, możemy zobaczyć to, co myślimy sami o sobie. Bolesna to prawda, lecz prawdziwa. I dopóki nie naprawimy tej podstawowej, najważniejszej dla nas relacji, z sobą samym, to nadal będziemy powtarzać ów schemat. Zatem czy owe związki, te zakończone czasem z ogromnym hukiem, okupione cierpieniem, płaczem i zgrzytem zębów to były kompletne pomyłki? Otóż nie. Dlatego nie ma sensu po nich rozpaczać i do nich wracać z chęcią dogłębnej analizy tego, co było dobre, a co złe? Są niczym trening naszego serca, w drodze do tej właściwej relacji, do szczęścia, miłości. Mówimy, że nieszczęśliwa miłość pozostawia po sobie blizny. W pewnym sensie tak jest, gdyż ślad jaki po niej pozostaje w nas, zostanie tam na zawsze, lecz rozciąga to nasze serducho, gimnastykuje aby potrafiło sobie w przyszłości lepiej radzić z tym, czego zapewne nieraz jeszcze doświadczy na drodze do…

Nie ma innego sposobu na odnalezienie prawdziwej miłości, jak otwarcie się na nią. Bycie uważnym i gotowym. Nie można jednak być gotowym i wpuścić do swego serca miłości bez otwarcia tego serca. A to jest fakt, który najbardziej na świecie nas przeraża. Każdy kolejny miłosny zawód, instynktownie zamyka dostęp do naszego serducha, chcąc nas chronić. I tu koło się zamyka ?!

Zamknięte serce = brak miłości, otwarte serce = możliwość bycia zranionym, ale i gotowość na przyjęcie miłości !

Czy jednak warto kochać? Czy warto podjąć to ryzyko, aby przyciągnąć do siebie miłość? Sama/sam sobie odpowiedz na to pytanie…i bądź ze sobą szczery, do bólu. 

Moje myśli poszybowały gdzieś daleko w przeszłość, szukając odpowiedzi na to, czy naprawdę już kochałam? Może byłam zbyt ślepa, aby zauważyć prawdziwą miłość, która nie próbując mnie zmienić, ni przymusić do czegokolwiek, chciała po prostu, bezszelestnie przycupnąć obok i poczekać, aż i moje serce będzie gotowe, by się otworzyć??? Już teraz się tego nie dowiem, gdyż jedynym właściwym miernikiem owego stanu jest jedynie moje serce. A jeśli wtedy patrzyłam umysłem, zamiast otworzyć serce…? Cóż, oto jedna z wielu ogromnych lekcji na przyszłość…i tajemnica, której sekrety będą nas nurtować aż do śmierci. Co jednak oznacza otworzyć swe serce? Opowiedz mi o miłości proszę?!