Odebrałam co moje i przeżyłam!

W jednym z postów na temat moich doświadczeń z rowerami, pisałam o tym jak mój małżonek pozbawił mnie prezentu, którym ów rower był. Nie mniej jednak spieszę Wam zakomunikować, iż rower ten został w dniu dzisiejszym zwrócony. Co więcej samodzielnie wróciłam na nim siedem kilometrów do obecnego miejsca zamieszkania. Ale od początku…

Budzik obudził mnie dzisiaj z samego rana, gdyż planowałam na spokojnie wybrać się na autobus jadący po ósmej rano do miasta, w którym jeszcze w zeszłym roku mieszkałam. Plany miałam przeogromne. Moja wizja tego jak powinnam wyglądać aby mężowi poszło w pięty, nijak się miała do tego, co miało się zdarzyć zaraz po odebraniu roweru. Zatem odziana w dżinsy, podkoszulek, rozpinany sweterek i buty sportowe, wyruszyłam na przystanek. Po drodze wpadłam do sklepu po bilety. Na przystanku praktycznie nie było ludzi, usiadłam zatem na ławeczce i czekałam. Po kilku minutach przybył jedyny bezpośredni autobus w stronę Mysłowic. Wchodząc do niego zwróciłam uwagę na fakt, że byłam chyba jedyną kobietą w tym pojeździe. Nieźle…bal samców na kołach.

Usiadłam za kierowcą, drzwi z trzaskiem się zamknęły, po czym do moich uszu, zaczęły docierać męskie rozmowy. Szczerze mówiąc uszy mi więdły. Moją uwagę jednak przykuł dialog toczący się między kierowcą ,a jednym z pasażerów siędzących po przeciwległej do mojej miejscówki, stronie autobusu. Tematem przewodnim było łowienie i patroszenie ryb. Podsumowując te jakże pasjonującą rozmowę, dowiedziałam się, że syn pasażera nie widzi niczego interesującego w moczeniu kija, sum żeruje przy dnie, a wg przepisów można łowić maksymalnie na dwie wędki.

salmon-591702_640
Na zakończenie tej powodującej u mnie chęć przywalenia głową w szybkę rozmowy, kierowca pożegnał pasażera słowami:

– Waldek tylko sie tam nie spij!
Na co pasażer odparł:
Nie moge, bo bym wędki nie widział! Moja mina musiała być bezcenna. Za to usłyszałam mój własny śmiech, który tłumiony przypominał raczej chrząknięcie 😛

Po dotarciu do przystanku końcowego wysiadłam. Z rozczarowaniem stwierdziłam, że autobus mogący dowieźć mnie pod sam blok, odjedzie dopiero piętnaście minut później. Cóż…wyjścia nie było, poprawiłam torebkę na ramieniu, podwinęłam rękawy swetra i ruszyłam z tak zwanego buta przed siebie. Przede mną prawie dwa kilometry trasy przy ulicy. Idąc przerabiałam w głowie wszelkie możliwe scenariusze spotkania, z niewidzianym od ponad pół roku mężem. Wyobrażałam sobie jak jakaś kobieta wyzywa go od misiaczków wołając, że kotlet na stole. W pewnym momencie moja świadomość doszła do głosu i zablokowała to, co robiła z moją łepetyną podświadomość. Przecież życzę mu wszystkiego co najlepsze, chce żeby był szczęśliwy, a jedyne czego od niego oczekuje to wolność. Wolność….gdy pomyślałam o tym , moim oczom ukazał się realny obraz psa, wyczołgującego się spod płota, otrzepującego sierść, przeciągającego się i biegnącego w nieznanym mi kierunku. No tak…znowu coś przyciągam. Zaśmiałam się…

dog-734692_640
Dotarłam do bloku, weszłam do klatki i wbiegłam na drugie piętro. Wzięłam głęboki oddech i zapukałam. Po chwili otworzył mi mąż, odprasowany, ostrzyżony i ogolony. Nie pamiętałam kiedy go takiego ostatnio widziałam. Po wymianie standardowych uprzejmości, chwyciłam rower i zniosłam go na parter. Kiedy dotarłam za blok, wyjęłam z torebki telefon, aby powiadomić mamę o tym, że włączam endomondo i wracam do domu. W tym momencie jak spod ziemi wyrósł mój małżonek i zapytał czy z rowerem wszystko w porządku. Nie miałam pojęcia czy rower jest sprawny, więc na odczepnego odpowiedziałam, że chyba tak. Mąż wyprzedził mnie i ruszył pod górę w stronę sklepu. Spojrzałam na te górę i przez chwile humor mi siadł. Nogi już mnie bolały, w końcu aby dotrzeć po rower zdążyłam już kawałek drogi przejść pieszo. Wyjścia nie było, słowo się rzekło.

Kiedy wepchnęłam rower pod górkę i skręciłam na trasę wiodącą do domu, postanowiłam założyć przytwierdzony do kierownicy kask. Nie byłabym sobą gdybym najpierw nie założyła go tyłem na przód! Po raz kolejny zaśmiałam się sama do siebie, wsiadłam na rower i wio! Wiatr we włosach wystających w różnych kierunkach spod kasku, muchy w zębach i w nosie, ale jadę! Ku mojej rozpaczy, lewą stroną, parędziesiąt metrów przede mną, paradował z materiałową siatką mój mąż. Niech to szlag! Chcąc nie chcąc będę musiała go minąć. Czułam w kościach, że nie będzie to jedno z mistrzowskich minięć zważywszy na to, że droga zaczynała prowadzić ponownie w górę.

Zbliżałam się do małżonka z niepokojącą jak dla mnie prędkością. Miałam nadzieje, że zanim się zrównamy, on zdąży skręcić. Niestety…. Czułam jak pot cieknie mi po plecach i zaczyna wpływać za pasek dżinsów. Twarz moja zalała się czerwienią, oddech się znacząco spłycił. Próbowałam zmniejszyć przerzutki, aby wspomóc moje nogi w wysiłku, jaki właśnie nadciągał. No ale dlaczego los w jakikolwiek sposób miałby mnie oszczędzić???? I tak pedałowałam z czerwoną i spoconą twarzą, równiutko z kroczącym noga za nogą, wystrojonym jak na święto mężem. Podążaliśmy w tym żałosnym tempie około minuty, po czym on skręcił do sklepu. Zerknęłam przez ramie, żeby sprawdzić gdzie się znajduje i czy ma możliwość widzenia tego, co za chwile zrobię. Zniknął z pola rażenia, a ja zeskoczyłam z roweru klnąc siarczyście niczym przysłowiowy szewc.

 

Kolejne 200 metrów jedynie prowadziłam rower, powodując żywe zainteresowanie przechodniów. Gdy dotarłam do szczytu górki, postanowiłam resztę pokonać na siodełku. Biorąc pod uwagę fakt, że chodnik mi się skończył ,to było jedyne rozsądne i nie pogrążające mojej godności rozwiązanie.

I tak mknęłam w dół, trzęsąc się niemiłosiernie. Wtem przy największym natężeniu ruchu samochodowego, zablokował mi się łańcuch, przez co pedałowanie stało się niemożliwe. Wystraszyłam się nie na żarty, gdyż prędkość jaką wtedy rozwijałam, wystarczyłaby abym zginęła pod pierwszym samochodem lub na drzewie. Na szczęście hamulce były sprawne. Udało mi się skręcić na pobocze i bezpiecznie wyhamować. Kolejne metry, pod następną górkę ,ponownie prowadziłam rower, zamiast na nim jechać. W pewnym momencie, usłyszałam głosowe odliczanie kilometrów przez endo. Ubawiła mnie myśl, że chociaż jadę rowerem, na przemian ze spacerowaniem, to można spokojnie zaliczyć te eskapadę jako szybki marszobieg.

W drodze do domu miałam jeszcze kilka zjazdów z górki i prowadzenia pod górkę. Najzabawniejsza była chwila, w której mijałam biegacza, wymieniając się z nim uśmiechem porozumiewawczym. Wiecie …jak sportowiec „sportowca” 😛 Ostatnie metry i meta!!!
Pod klatką wyłączyłam aplikacje, łapiąc powietrze, niczym przysłowiowa ryba. Nagle usłyszałam głos sąsiada:
– Magda, nie poznałem Cie!

Na co ja, odparłam zgodnie z prawdą:

– Sama się nie poznaje, więc nie dziwie się sąsiadowi!

Stojąc przed drzwiami windy, w oczekiwaniu na jej przyjazd, po raz kolejny zaśmiałam się do siebie widząc swoje odbicie w szybie. ” Na barykady, ludu roboczy!„- pomyślałam. Odebrałam co moje i żyje!

2 thoughts on “Odebrałam co moje i przeżyłam!

  1. U – a – ha – rowery dwa
    U – a – ha – górale
    U – a – ha – rowery dwa
    U – a – ha – na polu stały.
    U – a – ha – rowery …

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.