Normalnie Prorok!

14513540_10210915257455427_1287520566_o
Urodziłam się z miękkim serduchem i odkąd pamiętam, zawsze wzruszała mnie krzywda innych. Niezależnie od tego, czy byli to ludzie, zwierzęta, tudzież gatunki pozaziemskie w filmach. Moja przygoda ze zwierzętami, miała swój początek na wakacjach u dziadków. To tam miałam całą ich masę do dyspozycji, jak nigdzie indziej. No może z wyjątkiem zoo, ale tam zabronione było wyciąganie rączek do zwierzaków, nie wspominając zakazu karmienia czy głaskania. Natomiast na wsi…tam to dopiero był dla mnie raj. Małe kurczątka, kaczuszki, kociaki, których co roku było paręnaście. Psy, niestety trzymane na łańcuchach przy budach, które naprawiał i ocieplał pieczołowicie dziadek. Kiedy je karmił, do każdego mówił coś miłego, głaskał po głowie czy klepał po zadzie. To oklepywanie najbardziej mnie bawiło, bo w mojej głowie, pojawiał się obraz rodem z porządków świątecznych. Dlaczego? Nie wiem, może z tego powodu, że gdy tata trzepał dywan, wydobywał się z niego podobny kurz jak z Murzynka, czarnego, sporej wielkości kundla dziadków.

Codziennie wieczorem, chodziłyśmy z babcią po mleko do różnych ludzi, co roku do innych, abyśmy mogły ku naszemu ogromnemu niezadowoleniu, pić świeże mleko, prosto od mućki. Ileż ja się namordowałam z zatkanym ręką nosem, aby niemalże na wdechu, mieć ten proceder za sobą. Dość jednak o przeszłości, czas na tu i teraz. I właśnie teraz, w moim życiu, pojawiły się dwa „sierściuchy”. Dwa cudowne, „miziaste” i tak słodko mruczące koty. Fryc i Ana, bo takie im nadano, nie wiedzieć czemu, imiona. Odkąd się pojawiły w moim życiu,coraz trudniej jest mi sobie wyobrazić, że ich może nie być. Skąd te obawy? Otóż nie jestem domem adopcyjnym, lecz jedynie tymczasowym dla nich. A każde moje próby rozmów o adopcji są pomijane, a przynajmniej takie mam wrażenie. Zacznijmy jednak od początku….

Jestem psiarą, która za sprawą owych kotów, stała się kociarą, co nie przekreśliło rzecz jasna poprzednich skłonności. Nie mniej jednak zmiana owa, najpierw miała miejsce w moim umyśle i serduchu, a po walce pomiędzy jednym i drugim, stała się tak zwanym ciałem. Pisałam o tym we wcześniejszych tekstach, między innymi o posiadaniu kota na punkcie kotów. Nie zawsze ten gatunek należał do tych, z którymi chciałabym mieć jakiś bliższy kontakt. Dlaczego? A no dlatego, że kiedyś, gdy moje życie przebiegało w kompletnym chaosie. To czego pragnęłam, o czym marzyłam, miało się nijak do tego w czym tkwiłam, co robiłam. To z kolei, odbierało temu co czułam spójność, mnie samej spokój i prawdopodobnie ten oto mix wewnętrzny, skazywał mnie na nieprzychylność ze strony kotów. Gdzie się nie pojawiłam, a panem domu był kot, tam mi się obrywało w najmniej spodziewanych sytuacjach. Próby posłodzenia sobie herbaty stawały się dla mnie wyzwaniem, gdyż każde wyciągnięcie ręki w stronę cukiernicy, było karane wbijaniem pazurów, tudzież podgryzaniem. I tu można by się pokusić o stwierdzenie, że ów kot dbał o poziom cukru w moim organizmie, wszak koty leczą podobno?. Niestety, podobna sytuacja miała się z konsumpcją, siadaniem, wstawaniem, przemieszczaniem się…Doszło już do takowych sytuacji, gdzie słysząc informacje o posiadaniu kota, odmawiałam przyjęcia zaproszenia na kawę, do cudzego domu. Dosłownie paranoja…niestety potwierdzana nagminnie przez kotełki.

_mg_8965
Sytuacja diametralnie się zmieniła, gdy podjęłam decyzje o zmianach w swoim życiu i konsekwentnie zaczęłam je realizować. Złą passę, przerwało marzenie mojej siostrzenicy, o posiadaniu zwierzaka w domu. A że psy na starcie były zakazane, ze względu na pracę siostry i szkołę Młodej, poczęłyśmy poszukiwać odpowiedniego gatunku. Niestety Milcia jak nakręcona wracała do tematu kota. Każda rozmowa z siostrą, kończyła się kłótnią lub stanowczą odmową. A dziecię prosiło: ” Ciociu, nie mam ani brata, ani siostry…to może chociaż kot, żebym nie siedziała w domu sama jak mamy nie ma?!”
Serducho mi się krajało, ale znałam też stanowisko Kasi i wiedziałam, że jeśli decyzja nie będzie jednomyślna to nici z tego. I tak po pertraktacjach, opowieściach budzących krew w żyłach o tym , jak to można by kupić Małej ptaka, gryzonia lub gada jakiegoś. Na protesty i argumenty siostry w stylu: ” Wiesz ile kosztuje leczenie zwierząt w Szwecji?”, opowiedziałyśmy wraz z jej przyjaciółką historię o tym, jak to w sytuacji gdy ptaszek zachoruje, w ramach zawożenia go do weta, można mu pomóc dokonać żywota, zginając mu łebek….za bardzo 😛

Siostra najpierw zbulwersowana odkrywszy, że żartujemy, wybuchnęła śmiechem i stwierdziła, iż chyba jednak wolałaby kota. I tak koteł pojawił się w mieszkaniu dziewczyn i pomimo skrywanego lęku przed owym tygrysem, cieszyłam się wraz z siostrzenicą, ze spełnionego marzenia. Od tej chwili, każda poranna kawa, celebrowana była w towarzystwie Pana Kota. A ja cała i zdrowa, nawet nie nadgryziona, zapałałam sympatią do tych „sierściuchów”. W Sztokholmie Shijo, w Gdańsku Franciszek ( kot byłych współlokatorów) zatem posiadanie własnych, stało się już jedynie kwestią czasu…

W ramach praktyki doświadczałam wielu osobliwych rzeczy. Przeżyłam ataki znienacka, wbijanie pazurków w trakcie udeptywania, skoki na plecy z udawaniem plecaka, co zabawne jest tylko w opowiadaniu, nie w odczuwaniu. Pisanie na klawiaturze pomiędzy rozwleczonym ciałem kota i drapanie po drzwiach, gdy Wać Pan Kot zapragnął mojego towarzystwa…już wiem, że nie jedynie o moje towarzystwo chodziło, lecz o tradycyjny patrol na włościach…

Byłam gotowa na własnego. Niestety jak się później okazało, adopcja kota z Fundacji, nie należy do najłatwiejszych i gdyby nie moja potrzeba, zrobienia czegoś dobrego dla zwierząt i podzielenia się moją przestrzenią, łóżkiem i sercem, nie wiem czy nie porzuciłabym tych planów. Kilkanaście rozmów, wiele wątpliwości po obu stronach, wizyta przed adopcyjna, mnóstwo pytań i wymagań. Przez chwilę miałam wrażenie, że nie staram się o adopcje kotów, a przynajmniej dzieci z Afryki?! Miałam dość, a poziom mojej frustracji sięgał zenitu. Zwłaszcza, gdy po raz enty widziałam ogłoszenia o adopcji kotów, które po raz kolejny wróciły na łono Fundacji lub po prostu nikt ich nie chciał?! Bo nie były słodkimi kociakami, czasami odstraszały wyglądem, miały nie taki kolor lub przeszły traumę, która nie gwarantowała, że „adopciak” będzie miłym towarzyszem, codziennej sjesty domowej. Kilka razy płakałam z bezsilności, a znajomi mi powtarzali : „Po co Ci te nerwy, weź skądkolwiek kociaki, albo idź na spacer po mieście, złap jakiegoś, przynieś do domu i zapomnij o Fundacji”

1
Jestem odpowiedzialną osobą, zatem długo myślałam nad tak poważną decyzją. Nie mam doświadczenia w byciu kocim człowiekiem, ale jednego jestem pewna. Kocham zwierzęta i tak jak z pasją podchodziłam do psów, uczyłam się ich behawioryzmu, aby móc nawiązać z nimi więź i rozumieć je lepiej, takie samo podejście mam względem kotów. Codziennie je obserwuje, podpytuje doświadczonych kociarzy, dzielę się spostrzeżeniami, a przede wszystkim okazuje im tyle ciepła i miłości, ile tylko są wstanie ode mnie przyjąć. Śpimy razem, poranki spędzam w towarzystwie asysty, zarówno w toalecie jak i przy porannej kawusi. Nawet w tej chwili, pisząc ten tekst, co jakiś czas przesuwam to łapkę, to mordkę Fryca z klawiatury. I o dziwo kompletnie mu to nie zaburza snu. Po wciśnięciu odpowiedniego klawisza, futrzasta łapka wraca na miejsce.

I tak, w ramach Domu Tymczasowego, jestem opiekunką dwóch cudownych, dorosłych już kotów, Fryca i Any. Z Kocurkiem nawiązaliśmy relacje dosyć szybko, natomiast z Aną zajęło mi to znacznie więcej czasu. Marzę, aby zostały ze mną do końca swoich dni i wiem, że zrobię wszystko co w mojej mocy, aby tak się właśnie stało . Póki co, cieszymy się każdą wspólną chwilą… I wiecie co? Właśnie przypomniały mi się słowa mojego męża o tym, że powinnam się obstawić zwierzętami….może wtedy będę szczęśliwa! Kurczaki…prorok jakiś czy coooo???? Jestem bardzo szczęśliwa, że je mam 😉

Leave a Comment

Filed under Tu i teraz...

Comments are closed.