Nie miała baba kłopotu…

Nigdy nie byłam fanką koturn, ale w tym roku, z racji tego, że większość rzeczy robię inaczej, postanowiłam je nabyć. Kiedy wydawało się, że zamieszkam w jednym z obuwniczych, celem odnalezienia tego właściwego modelu, wybór padł na pewną parę w mega promocji.

Generalnie, gdybym skręciła w nich kostkę to w tej cenie, nie będzie mi żal nauczyć je latać przez balkon. Góra kremowa, z paskiem zapinanym wokół kostki, koturn korkowy. Dwadzieścia pięć złotych później byłam dumną ich posiadaczką. Niestety dosyć szybko się zorientowałam, że upośledzają mój zmysł odczuwania pedału gazu, nie wspominając o kostce brukowej, którą przyszło mi się przemieszczać. Może w szpilkach za kierownicą jakoś sobie radzę, natomiast sprawa z koturnem wygląda zgoła odmiennie. Jednorazowa wycieczka w tymże obuwiu sprawiła, iż przemieszczałam się po ulicach niczym pijany zając! Mając na uwadze dobro innych użytkowników drogi, zjechałam na pobocze i zamieniłam je na sandały z płaską podeszwą, jakie dzięki Bogu miałam ze sobą.

Odkąd je posiadam już kilkakrotnie wykręciłam w nich stopę, co oprócz wstydliwego rumieńca i obrazów z pokazów mody, jak na zawołanie pojawiających się w mojej głowie, kończyło się jedynie klątwą pod nosem. Dzisiaj nastąpił ten dzień, w którym to podjęłam mocne postanowienie, ponownego użytkowania owego nabytku. Jako że dzionek wydawał się nieco chłodniejszy od pozostałych…  do dżinsów, cieniutkiego sweterka, założyłam wcześniej wspominane buty. Siatka w lewą dłoń, portfel w prawą. W domu naszym, dzięki rodzinnemu „mlekopijowi”, tegoż właśnie produktu zabrakło. Udałam się zatem posuwistym krokiem, niczym paralityczna łania do sklepu. A tam, przeceniając własne możliwości na owych szczudłach, wypełniłam siateczkę prawie po brzegi „prowiantem”. I tak, z wbijającą się w lewe ramię szmacianą siatką, sunąc po kostkach, z bruzdą na środku czoła, która pojawia się na mojej twarzy w chwilach najwyższego skupienia, poczłapałam w drogę powrotną. Przy każdym wykręceniu kostki, zatrzymywałam się udając, że coś mi się do….buta przykleiło. Nie umiałam powstrzymać uśmiechu na twarzy. W myślach wyzywałam się od kretynek, karcąc się za tak ograniczający swobodę moich ruchów nabytek. Ależ czego się nie robi w imię piękna, wyszczuplenia racicy, tudzież mody???? Mijając  ludzi z tym przyklejonym do twarzy uśmiechem, starałam się dotrzeć do bloku bez kontuzji. Po drodze , mężczyzna jadący rowerem, przywitał się ze mną, choć zupełnie nie kojarzę chłopa 😛 Wchodząc do klatki schodowej, zastanawiałam się jak długo zajęła mi ta wyprawa i czy przypadkiem mama nie zgłosiła na policje mojego zaginięcia? Wniosek nasuwa mi się jeden, do tych butów pasowałby mi stabilnie trzymający się podłoża mężczyzna z usłużnym ramieniem i prawem jazdy na wypadek katastrofy 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.