Nazywam się Przygoda, Magda Przygoda !

Z dnia na dzień, moja nadzieja na wyjazd do Krakowa stawała się czymś nierealnym . Generalnie tydzień wcześniej, rozpoczęłam proces nastawiania sie na kolejne rozczarowanie. Układałam sobie w głowie to, co powiem grupie wspaniałych osób, które po raz kolejny zawiodę ?! Przeglądałam portfel szukając tam czegoś, czego niestety od dawna nie było…a przynajmniej nie w takich ilościach jakbym chciała. Po raz kolejny stanęłam przed wyborem, poddać się, czy znaleźć rozwiązanie??? Nie poddałam się na holu szpitalnym, nie poddam się i teraz!

W mojej głowie kotłowały się myśli. Co zrobić? Przecież z pewnością jest jakieś rozwiązanie?!
Jakiś czas temu, poróżniła mnie z pewnym dobrym znajomym, kwestia różnego podejścia do kwestii straty. I tak od słowa do słowa….Minęło trochę czasu, ochłonęłam i pomyślałam sobie…szkoda życia na takie pierdoły. Będąc w wybitnie cudownym nastroju, po otrzymaniu pracy, czując ogromne wsparcie pewnej grupy ludzi, postanowiłam im napisać, w formie postu ,coś naprawdę miłego. Szczerze mówiąc, jak się teraz nad tym spokojnie zastanawiam, to zgodnego z prawdą.
I tak od słowa do słowa, od komentarza do komentarza udało mi się skontaktować z tym znajomym.
Pomyślałam, że jeśli nie ma większych planów na sobotę i chciałby reaktywować fajną niegdyś znajomość, to moglibyśmy to wszystko jakoś połączyć i wspólnie odwiedzić Kraków. Cieszę się, że i On tego chciał…i tak rozpoczęła się obfita w przygody sobota!

Rano alarm z babcią…na szczęście obeszło się bez pogotowia. Później, akumulator po raz kolejny ogłosił strajk. Reaktywowałam go dzięki pomocy sąsiada. Niestety, kiedy wpadłam do auta z torebką i kocem, gotowa do podróży na Ławki, usłyszałam krótkie charczenie pomarańczy i jej śmierć….Wystawiłam głowę przez okno i zawołałam do siedzącego na ławce mężczyzny:

  • Sąsiedzie ratuj!

Parę minut później, przy akompaniamencie okrzyków radości sąsiadek, ruszyłam w drogę. Niestety trafiłam na objazdy, dzięki którym zwiedziłam dwie dzielnice Mysłowic dodatkowo.

Na miejscu, moja „limuzyna” trafiła pod wiatę, a ja przesiadłam się do czegoś znacznie wygodniejszego. Ruszyliśmy! W trasie uzupełnialiśmy informacje na temat tego, co się komu wydarzyło i dlaczego, pobłądziliśmy w labiryncie krakowskiego Lewiatana, po czym udaliśmy się do parku. Spełniłam wszystkie swoje groźby… Pomimo upału i klejącej się do naszych ciał odzieży, przytulałam i obcałowywałam dziewczyny! Pogadaliśmy, zmniejszyliśmy znacznie dystans pod parasolami w trakcie deszczu i zrobiliśmy sobie pamiątkową focię. Łatwo nie było. Co fotka, to ktoś tracił część twarzy, usta, albo czubek głowy. Zastygał z otwartymi ustami, albo znikał z kadru. Na szczęście formalności stało się zadość i fotkę możecie podziwiać tutaj 🙂

11800367_412197982297528_1494054689207902414_n
Po spotkaniu, niemalże sprintem, przebiegłam przez Rynek ,robiąc przy tym fotki niczym japoński turysta. Zwijałam w garści, długą do kostek sukienkę przeskakując końskie placki i kałuże w drodze do Sukiennic, gdzie dokonałam pewnego zielonego zakupu…

11796351_412311338952859_9080858817013996096_n
Po powrocie na Śląsk, poznałam pewną młodą damę, fascynatkę gry w kolory z użyciem piłki ręcznej i w owej sukience po kostki, uskuteczniałam skoki przez piłkę. Wróciłam do domu spocona, z plamą na tyłku ale zadowolona, bo zamiast się poddać, znalazłam rozwiązanie i na dodatek kreatywnie spędziłam czas 🙂 Mój kolega w tym czasie, przeczesywał teren w poszukiwaniu po rozbieganych świnek, sprawdzał stan zdrowia sąsiada, kończąc ten intensywny dzień imprezą, na którą zawiózł go prywatny kierowca…zgadnijcie kto???? 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.