Najgorsza rzecz jaką w życiu jadłam!

Na samą myśl o eksperymentach kulinarnych, jakim sama siebie poddawałam na początku swojej „kariery kulinarnej”, mam dreszcze. A jeśli do tego dołożyć również doświadczenia, którym poddawali mnie inni, to mamy całkiem niezłą mieszankę wybuchową. To prawdziwy cud, że jeszcze funkcjonuje. Popijając owe wspomnienia, szklanką wody z plasterkiem cytryny, rozpoczynam krótką podróż do najgorszych wrażeń, jakie dotychczas miałam. Mniej drastyczne pominę…

Swoją opowieść, chciałabym rozpocząć od sosików z kostki rosołowej mojego męża, podawanych z makaronami. Pominę jednak tę część zważywszy, że moja szwagierka już zdążyła mnie konkretnie obgadać w tej kwestii do swojej szefowej. I pomyśleć, że ja w swej wręcz naiwnej dobroci poleciłam ją na to stanowisko…. Cóż człowiek się uczy całe życie…czyż nie????

Wracając jednak do moich doświadczeń głównie kulinarnych, skupie się przede wszystkim na kuchni azjatyckiej. Niestety, pominąwszy ostatnio zjedzone sushi, swoją drogą najlepsze jakie w życiu jadłam, nie mamy z tą „panią” przyjemnych doświadczeń. Za każdym razem, kiedy ktoś mi proponował takie rozwiązanie, trafiałam jak kulą w plot. Nie chcąc jednak wyjść na ignoranta kulinarnego wobec rzeszy ludzi, z lubością zajadających się potrawami tej kuchni, po każdym nieudanym razie, powrocie do domu w bólach spowodowanych niestrawnością, obiecywałam sobie, że to był ostatni raz. Tak się jednak nie działo. Z drżeniem rąk, po raz kolejny, starałam się odnaleźć coś dla siebie w menu. A potem ten lęk i krążące niespokojnie w głowie myśli…Czy to co wkładam właśnie do ust, istotnie jest tym co zamówiłam?!

sushi-596930_1280sushi-491425_1280

Po wyjściu z lokalu powtórka z rozrywki….niewyobrażalny ból wnętrzności, siódme poty niczym przy gorączce, burczenie w jelitach. Szybka orientacja w terenie…Gdzie ewentualnie można by było zwymiotować lub nie daj boże upstrzyć w inny sposób okolice w nadziei, że nim dotrę do tego miejsca nie będzie już za późno?! Podczas gdy reszta współbiesiadników radośnie przemierzała kolejne ulice, ja siląc się na uśmiechy modliłam się w duchu, aby jak najszybciej dotrzeć do domu. W desperacji zastanawiałam się czy pozwolić ujść ze mnie wszystkiemu, czy tez zginać na miejscu. Po tym fakcie, byłoby mi wszystko jedno, jaki byłby finał tego zajścia. Piorun, zawał…cokolwiek…Tak czy inaczej przetrwałam…dotarłam do domu….szybko!

O ohydności smaków, popijanych znienawidzoną przeze mnie herbatą jaśminową, mogłabym napisać esej. Nic jednak nie przebije smaku i zapachu pewnej zupki chińskiej, którą zamówiłam sobie w lokalu, usytuowanym blisko miejsca pracy, w jednym z hipermarketów. To było zimowe, chłodne popołudnie. Sterczałam przy stoisku na wprost drzwi obrotowych, które co jakiś czas, niecierpliwi klienci blokowali, próbując niemal wedrzeć się do wnętrza.

Przeliczyłam gotówkę, jaką wtedy posiadałam przy sobie i mój wybór padł na zupkę, która zachęcająco parowała z ogromnego gara. Podeszłam, wskazałam palcem to cudo, zapłaciłam i czekałam na podanie. W powietrzu unosił się dziwny, dość nieprzyjemny zapach. Zignorowałam go jednak, czując przejmujące zimno i kiszki grające marsza. Nagle jest, widzę ją, niesiona na tacy ułożonej w dłoniach uśmiechniętego Chińczyka! Postawił miseczkę przede mną, po czym z szerokim uśmiechem, który jednocześnie zamykał mu oczy rzekł:
– Dobla ziupa, śmaćnego!

chueotang-380562_1280
Zacierając dłonie, poczułam nagle smród starej, zawilgłej szmaty. Zaskoczyła mnie ta woń, biorąc pod uwagę obecność w lokalu, który winien spełniać pewne wymogi sanitarne. Trzymając łyżkę w dłoni, próbowałam ustalić źródło tego fetoru. Jezusieeee ten fetor dochodził z mojej miseczki?! Załamałam się…nosz kurrrr….czaki, ostatnie złotówki wydane na zupę o zapachu ściery?! Spojrzałam na uśmiechającego się Chińczyka za ladą i podjęłam heroiczną decyzje. Zjem te zupę! Przecież nie może tak paskudnie smakować jak pachnie?! Już po pierwszej łyżce wiedziałam, w jak wielkim błędzie byłam. Próby połknięcia kolejnej, wraz z zatykaniem nosa niewiele pomogły. Czułam , że jeśli podejmę kolejną próbę, najzwyczajniej w świecie zwymiotuje. Postanowiłam dalej nie szafować własnym zdrowiem, a może i nawet życiem. Wróciłam na stoisko głodna jak wilk i wściekła jak osa!
Podróże kształcą…nawet te kulinarne, ja jednak w tej kwestii, do tej pory byłam jak widać raczej nie reformowalna 😉

 

4 thoughts on “Najgorsza rzecz jaką w życiu jadłam!

  1. jesteś cudowna! Sposób, w jaki opisujesz swoje doświadczenia kulinarne, jest, jak to powiedzieć delikatnie, bardzo obrazowy 😀 Twoje opisy nie tylko pobudzają wyobraźnię, ale też powodują, że gdybym nie miała uszu, to śmiałabym się na okrągło 😀 Dziękuję :*

  2. Szalona. 🙂
    Medal ode mnie, że odważyłaś się w ogóle skosztować. 😀

  3. Nie było to najlepsze posunięcie…ale jak głód człeka przyciśnie i wyda na specyfik ostatni grosz z portfela???? 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.