Moje magiczne miejsce na ziemi…

Siedząc przy stoliku, w jednym z lokali na rynku Sandomierza, byłam niemal w siódmym niebie. Od kiedy pamiętam kochałam to miasto. Tak bardzo je kochałam, że byłam gotowa pracować za niewielkie pieniądze, nieważne w jakim zawodzie, byle tylko móc tam zamieszkać. Nie potrafię wyrazić słowami co czułam…wzruszenie,ekscytacje? To było istne szaleństwo. ..

Kilka dni wcześniej przeglądałam ogłoszenia w poszukiwaniu jakiejkolwiek pracy w Sandomierzu. Po starciu z ojcem i jego obraźliwych słowach, które kierował pod moim adresem, nie wyobrażałam sobie mieszkać z nim dalej pod jednym dachem. Jeszcze nie wiem komu powinnam podziękować za te domową aferę, ale jestem przekonana, że to tylko kwestia czasu. Wśród kilkunastu ogłoszeń, po raz kolejny zresztą, moim oczom ukazał się anons o poszukiwaniu recepcjonistki, do jednego z nowszych i lepszych hoteli w tymże mieście. Oczekiwań spora lista, a płaca najniższa z możliwych i do tego konieczność przeprowadzki. Plan był prosty…dostać te prace, albo jakąkolwiek inną, zamieszkać w Sandomierzu, w domku babci i powolutku go przysposabiać do godnego życia.

W odpowiedzi na bodajże trzy ogłoszenia wysłałam cv i czekam. Już następnego dnia zadzwonił telefon i zostałam zaproszona na rozmowę do hotelu. Termin rekrutacji przypadł na sobotę w godzinach porannych. Rozpoczęło się szaleństwo przygotowań. Wybór stosownej odzieży, ugrzecznienie fryzurki, a co za tym idzie skrócenie jej o prawie 10 cm no i rzecz jasna pakowanie. W międzyczasie obdzwoniłam kilkanaście miejsc noclegowych aby zarezerwować sobie nocleg z piątku na ową sobotę. Nie wyobrażałam sobie gnać na szpilach, w marynarce i rajstopach w upał, przez miasto na rozmowę. Niestety znalezienie noclegu w ten akurat weekend graniczyło z cudem. Jak się później okazało, w tym właśnie czasie, odbywał się coroczny Jarmark Jagielloński. Wykręcając ostatni na mojej liście numer, słysząc kobiecy głos w słuchawce, zapytałam o wolne miejsce z błaganiem w głosie…jak się później okazało. Udało się! Zdarzył się cud! Właścicielka kwatery wykombinowała dla mnie maleńki pokoiczek za niższą niż pozostałe cenę…ale miałam go i mogłam frunąć niemalże do Sandomingo 🙂

DSC_0294
Każdy grosz na tę wyprawę miałam dosłownie wyliczony. Ponieważ bezpośredniego połączenia z tym miastem nie ma, miałam dwie, a nawet trzy opcje dojazdu. Wybrałam najgorszą, ale i najciekawszą. Pomimo rezerwacji w busie, wisiała na moim ramieniu śpiąca na torbie podróżnej pasażerka, którą za identyczną stawkę jak moja zabrał kierowca. Byłam wkurzona. Kilma nie działała, kierowca zabierał ludzi na stojaka, a wychodzenie lub wchodzenie na przerwie do busa graniczyło z cudem. Był jeden , a w zasadzie dwa plusy. Jechałam w ukochane miejsce i kierowca obiecał podrzucić mnie do innego, jadącego z Opatowa do Sandomierza kierowcy busa. Już w Kielcach dowiedziałam się, że nie zdążymy na wspomnianą przesiadkę. Byłam zła…tyle kasy za bilet, ukrop w środku, klejący się do mnie współpasażerowie i jedna wielka niewiadoma w Opatowie. Dotarłam. Okazało się, że nie mam pojęcia gdzie jestem i w którym kierunku powinnam się udać, aby dotrzeć na dworzec. Jakiemuś dowcipnisiowi, nie potrafiącemu trzymać łap przy sobie, zachciało się składać mi propozycje podwózki do miasta, do którego zupełnie nie było mi po drodze. Spocona, zdenerwowana, z niewygodną jak się okazało w podróżny torbą, ruszyłam przed siebie szukając dworca. Dwie rozmowy z napotkanymi po drodze ludźmi później znalazłam się na placu autobusowym. Najpierw biegałam jak szalona między peronami szukając tego właściwego. Później wparowałam do małego budynku dworca i dopadłam okienka informacyjnego, za którym jak sie okazało siedział kierownik tego przybytku. Tablica informacyjna przerażała odstępami dwugodzinnymi niemalże pomiędzy autobusami. Na moje szczęście, przejeżdżał tamtędy, spóźniony „autobus widmo”, którym udało mi się dostać na dworzec….tym razem Sandomierza. Zakurzony, rozkopany, pełen ludzików w pomarańczowych kamizelkach. Nie pomna ostatnich przeżyć przemierzałam uliczki miasta w stronę do „Słonecznego Gościńca”, w którym to miałam nocować.

DSC_0279
Miejsce było urocze, tak jak i jego gospodyni, która przywitała mnie uśmiechem i słonecznego koloru sukienką. Nie mogłam przestać się uśmiechać. Dawno nie byłam taaaak szczęśliwa! Zostawiłam torbę w pokoju, wdałam się w przesympatyczną rozmowę z gospodynią przy kawusi, którą mi osobiście przyrządziła…twarz mnie bolała od uśmiechania się. Czułam we włosach powiew wiatru, słuchałam odgłosów wydawanych przez ptaki…jakieś wronowate…tak charakterystyczne dla klimatu tego miejsca. Resztę popołudnia i wieczoru spędziłam oglądając mieszkania na wynajem i delektując się gwarem rynku sandomierskiego. Nie miałam ochoty rozmawiać, nie brakowało mi niczego ani nikogo w tym momencie….czułam się taka wolnaaa….jak ptak!

IMG_20150706_174019

 

2 thoughts on “Moje magiczne miejsce na ziemi…

  1. Piękny wpis…:) taki przepełniony radością 😉 lekki 🙂 taki… szczęśliwy 😉

  2. Bo i tego szczęścia z dnia na dzień coraz więcej w moim życiu ;)a przynajmniej tendencja jest zwyżkowa 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.