Mikołaju kup mi budzik!

Znacie takie uczucie, kiedy w natłoku myśli, prowadzicie ze sobą wewnętrzną walkę pomiędzy tym, co ważne mentalnie, a tym co niezbędne do przeżycia w sensie fizycznym? Właśnie prowadzę takową walkę, pomiędzy weną twórczą a głodemOd rana chodzę po mieszkaniu i miotam się okrutnie. Zasiadłam do laptopa i po chwili wstałam po to, aby umyć warzywa na sałatkę. Znowu usiadłam, skrobnęła słów kilka, po czym zerwałam się do gotujących się jajek. Cholera, kawy mi się zachciało, a byłam już przy kolejnym słowie?! Głupota, ale ile razy w naszym życiu, mają miejsce o wiele poważniejsze konflikty wewnętrzne, w naszych głowach, sercu? Śmiem twierdzić, że całe nasze życie to pasmo takich rozgrywek. Czy kiedykolwiek wygrywamy, bądź przegrywamy w tych starciach? Nie sadzę. A przynajmniej wiedzę o tym, zyskujemy po czasie.

A teraz o tym, czym chciałam się z Wami podzielić…. Nawet będąc osobą, w życiu której na pierwszy rzut oka, wszystko układa się harmonijnie, przychodzą takie chwile, w których kompletnie traci głowę. Jednym z takich momentów był czwartek. W ten dzień właśnie, doświadczyłam tak ogromnego stresu, że zapamiętam go na długo. Wieczór wcześniej spędziłam poza domem i w trakcie tej eskapady, zgubiłam telefon. Niby nic, a jednak urządzenie to stanowi dla mnie podstawę egzystencji w nowym, nieznanym jeszcze mieście. Pominąwszy aplikacje, pozwalające mi docierać w odległe miejsca, masę zdjęć, które tam przechowuję, numery telefonów tak wielu osób, że nie sposób ich spamiętać, a skończywszy na budziku. I brak tej ostatniej funkcjonalności, stał się gwoździem do mojej mentalnej trumny, owego dnia.

W całej doskonałości ludzkiego umysłu, wpadłam na najgłupszy z możliwych, do wykreowania przez ten niesamowity organ pomysłów. Postanowiłam nie spać do rana, po czym rozpocząć przygotowania do pracy. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie fizjologia. Tuż przed świtem, głowa mi opadła, światło zgasło. Obudziłam się w blasku dnia. Poczułam ogromny ucisk w klatce piersiowej, po czym chwyciłam za laptopa, aby sprawdzić godzinę. 10…to była najgorsza możliwa godzina w tym momencie?! Zalogowałam się do Facebooka w nadziei, że zastanę tam kogoś, kto będzie mógł mi pomóc, dzwoniąc w moim imieniu do mojej pracy. Niestety, z wyjątkiem jednej osóbki z Krakowa, pomimo całej długasiernej listy zielonych kropeczek, znikąd pomocy?!

Nagle otrzymałam wiadomość od mojej przyjaciółki Ani. ” Magda, znalazłam Twój telefon, nie zgadniesz gdzie wisiał…”. Z jednej strony mi ulżyło, ale określenie „wisiał” nie napawało mnie optymizmem. Rozpoczęła się akcja ratownicza, podczas której odzyskałam przymrożony telefon, wykonałam rozpaczliwe połączenie do pracy i dotarłam do niej. Tam ryzykując własne życie (bałam się, że psycholog prowadzący grupę, którą z kolei ja miałam się rano zajmować mnie zamorduriuje :P), dotrwałam do końca zmiany. W konsekwencji, w piątek nie zabrano mnie do kina z grupą (taki żarcik), za to, spędziłam przemiły czas z kolejną grupą ludzi, z którymi będę pracować od poniedziałku, w ramach wdrażania do pracy w szpitalu 🙂

Ot i cała historia, która rozpoczęła się konfliktem wewnętrznym, rozwinęła się opowieścią o stresie jakiego w tym tygodniu doznałam, a skończyła na pralce. Dlaczego na pralce??? Bo właśnie na niej siedzę kończąc ów tekst. Inaczej, w trakcie wirowania, poobija kafelki w mieszkaniu, które wynajmuje póki co, ze współlokatorami 🙂 Uffff…idę po kolejną kawusię…a co u Was???

 

P.S. Kochany Mikołaju błagam o budzik, taki zwykły, tradycyjny, ze sprężynką 😛

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.