Magia Obfitości czyli uważaj o co prosisz!

Z dnia na dzień, traciłam wiarę w znalezienie złotego środka na moje rozstroje. Miałam wrażenie, że obfitość mija mnie jakoś szerokim łukiem. Przydarza się innym, a mnie ma w nosie. A przecież byłam taaaaka wdzięczna?! W pewnym momencie przyszło zaskoczenie. Obfitość i to w dosyć nietypowej formie. Można by rzec, że przychodząc robiła sobie ze mnie przysłowiowe „ jaja”.
Na początku nieco się frustrowałam, aż moje poczucie humoru, poczęło wtórować każdej zabawnej rzeczy jaka mnie spotykała.Sytuacja w moim prywatnym zwierzyńcu, osiągała pozorną równowagę. Do czasu, gdy próbowałam tę równowagę przywrócić i w moim osobistym żywocie. Dotychczas, każdą wolną chwilę po pracy spędzałam z kotami. W końcu kiedyś musieliśmy się oswoić ze swoją obecnością. Dwa koty i lew na jednym terytorium to brzmi groźnie, lecz było groźne jednie z pozoru. Nie mniej jednak, jeden gatunek, próbował podporządkować sobie drugi. Skutki owego procederu były opłakane, a raczej obsikane…

Gdy już wydawało mi się, że sytuacja między nami jest klarowna, czyli jesteśmy blisko wtedy, gdy wspólnie tego chcemy, a nie wymuszamy tej bliskości, wydarzyło się coś, co skłoniło mnie do głębszych przemyśleń i radykalnych działań. One jedzą rano, ja piję kawusię. Ja piszę, One śpią… Były co prawda drobne ustępstwa w tej kwestii, ale kto by się tam czepiał??? Radziłam sobie, próbując nie zmarznąć pod jedynym wolnym rogiem kołdry ( akurat w tym już miałam wprawę). Sprawnie odnajdywałam poszczególne klawisze pod rozciągniętym ciałkiem kotki. Dogadaliśmy się nawet w kwestii muzyki….słuchamy jazzu 😉

I tu czas na słów kilka w kwestii stereotypów. Gdybym osobiście nie doświadczyła tego, o czym za chwilę napiszę, to nadal wierzyłabym, że koty przywiązują się głównie do miejsca, nie do człowieka. Już wiem, że to bzdura… Chyba, że mamy na myśli koty dziko żyjące, kompletnie z daleka od ludzi, lub mające w swej świadomości jedynie traumatyczne z nimi spotkania.

Moje Futrzaki zaskoczyły mnie w tym temacie konkretnie. Gdy z różnych przyczyn byłam zmuszona, lub po prostu miałam takową potrzebę, aby po przebywać nieco dłużej poza domem, wracając do niego, moją uwagę przykuł niecodzienny w moim pokoju fetor. Ci z Was, którzy posiadają koty, zapewne znają dobrze smród kociego moczu…i ja dołączyłam do grona znawców owego specyfiku. Nie wiedząc który to kot, ani nie znając jeszcze powodu ( do tej pory pewności nie mam), którym sobie zasłużyłam na taką karę, musiałam się zmierzyć z konsekwencjami. Takim oto sposobem, straciłam materac, a później i kołdrę, którą wyrzucałam do śmietnika, w drodze na delegację do Warszawy. I powiem Wam szczerze, że bałam się powrotu do domu, po trzech dniach nieobecności. Moje koty były pod dobrą opieką, lecz nie zmieniało to faktu, że mnie nie było.

Ale do sedna… czas na obfitość, od której rozpoczęłam dzisiejszy tekst…
Próbując dociec czym spowodowane było zachowanie kotów, skontaktowałam się z osobą pracującą w Fundacji, której kotami się opiekuje. Ta fantastyczna kobieta zaproponowała mi własny materac, przywiozła go do mnie, dzięki czemu wizję spania na twardej podłodze, mogłam odesłać do lamusa. Ucieszyłam się, bo zamiast wydawać pieniądze na nowy materac, mogę je wydać na inny cel ( dziękuje pani Moniko).

Miałam materac, kołdra i pościel schły na suszarce… odetchnęłam z ulgą rozpoczynając kurację uspakajającą dla kotów. Feromony w gniazdku elektrycznym, specjalny dodatek do karmy. Odkąd w moim życiu pojawiły się koty, wiele z moich działań było podporządkowane zarówno ich potrzebom, jak i obecności. Niemalże stało się rytuałem to, że oddaję mocz z Frycem na kolanach, a prysznic biorę przy asyście w umywalce Any. Każdy mój posiłek, kawa, herbata, sok zostają poddawane skrupulatnej kontroli organoleptycznej. Ostatnio musiałam się rozstać z koktajlem truskawkowym, gdyż stał się deserem moich kotów.

Materac już miałam. Kołdra wraz z poszewką zniknęła w czeluściach osiedlowego śmietnika! Podzieliłam się swym zmartwieniem w pracy i w niedługiej chwili potem, pojawiły się w moim gabinecie dwie reklamówki z kołdrami ( dziękuje Marzenko). Moje szczęście było ogromne. To działa!- krzyknęłam sama do siebie.


Jakież było moje rozbawienie, gdy wieczorem postanowiłam jedną z tych kołder wyjąć z reklamówki i oblec w poszewkę…. Śmiałam się aż do samego zaśnięcia. Jedna z kołderek, przenosiła mnie w podróż do dzieciństwa. Oczami wyobraźni, widziałam siebie jako istotkę, wzrostu maksymalnie 70 cm i oglądającą świat, poprzez szczebelki dziecięcego łóżeczka. No cóż…bywa…i tak byłam zadowolona. Chciałam kołdrę, miałam kołdrę! W końcu w zamówieniu do Wszechświata nie podałam wymiarów 😛 Oddam je dla kotów lub psów w schronisku, albo dla fundacji.

 

No dobrze, pośmiałam się, ale czymś się muszę przykryć. Moją uwagę przykuł kolejny z pakunków. Gdy wyjęłam z niego drugą z kołder, na pierwszy rzut oka widziałam, że z pewnością nie jest mojego rozmiaru. Z tą kołdrą, udałam się w czasy nastoletnie. Fajna podróż, równie zabawna, gdy przykrycie jednoczesne klatki piersiowej, głowy i stóp kompletnie nie jest możliwe. A jedynie pozycja embrionalna, lub ułożenie ogromnego kota na klacie, daje Ci odrobinę ciepła w nocy. I tak dorosła kobieta, doznając obfitości w postaci dwóch kołder, doświadcza jednocześnie podróży do przeszłości.

Przetrwałam tak kilka dni i marzyłam zaledwie o dłuższej kołdrze. Planując takowy wydatek, dotrwałam do 6 grudnia. Stojąc na przystanku tramwajowym, otrzymałam wiadomość, że Mikołaj pomylił adresy i zawitał do domu moich Przyjaciół (tak, spokojnie mogę ich nazywać takim mianem). Zostawił u nich DOROSŁĄ kołdrę dla mnie…wraz z poduszką i jak się okazało kocem (dziękuje Joasiu i Zbyszku) 🙂

W międzyczasie w moim pokoju pojawiła się szafa ( dziękuje Tatiano i Sławku) i pomoc przy jej transporcie oraz złożeniu…dziękuje Zbyszku :* I tak to, jak sami widzicie obfitość może do nas zawitać w dosyć zaskakujący sposób, wystarczy być wdzięcznym i wierzyć, że to jest możliwe! A ja wierzę… bardzo mocno wierzę w to, że cuda się zdarzają, a każdy człowiek w naszym otoczeniu, może stać się naszym Aniołem Stróżem 🙂