Koniec żartów!!!

Czasem, zmiany wymagają od nas poświęceń. Jak wielu ? Odkryłam to tak naprawdę niedawno, zaraz po tym, jak dotarło do mnie, co we mnie powoduje chęć działania lub jego całkowity brak…
Osoby, które od jakiegoś czasu interesują się rozwojem osobistym, zapewne już słyszały tę tezę, że ludzie dzielą się w tej kwestii na dwie grupy. Pierwsza, to ludzie, którzy są wstanie zrobić absolutnie wszystko, przetrwać najgorsze męki i cierpienia w imię przyjemności. Natomiast ta druga grupa…oooo i tu jest znacznie ciekawiej, bo właśnie do tej grupy według mojego mniemania sama się zaliczam, stara się za wszelką cenę uniknąć cierpienia. Dlatego jeśli na szali, po przeciwnych stronach znajdą się dwa różne cierpienia, zawsze wybiorę te bardziej swojskie, te znane…te, które z racji przyswojenia przestają być cierpieniem. Czasem nawet przybierają formę pewnego rodzaju komfortu. Przykład? Proszę bardzo….

Znam mnóstwo osób, które mając przed oczyma wizję smukłej i wysportowanej sylwetki, są wstanie ponieść wszelkiego rodzaju, finezyjne wręcz cierpienia. Od diety począwszy, poprzez piguły niewiadomego pochodzenia i zawartości, mikstury, zioła, głodówki aż po ćwiczenia. Długie godziny treningów z Chodakowską, Mel C czy Lewandowską.
A wszystko po to, aby być fit. Mam na swojej liście różnego typu diety i zestawy ćwiczeń. Były okresy, nawet roczne, kiedy udawało mi się znacznie obniżyć wagę ciała. Niestety, nie zawdzięczałam tego rezultatu żadnej trenerce czy dietetykowi, a jedynie godzinom w lesie z psem i ograniczaniu spożycia produktów, po których wiem, że właśnie ja i moje ciało zwiększamy objętość. Najdłuższy okres, w jakim udało mi się codziennie trenować to trzy tygodnie. Potem przerwy zaczynały się zwiększać, aż częściej leżałam na podłodze niż ćwiczyłam. Raz, czekając na powrót zapału do gimnastyki, zasłuchana w monotonny głos Ewki, zasnęłam….

Ważna w tych wszystkich wariacjach jest nasza wewnętrzna motywacja i samozaparcie.
Równie istotna jest świadomość tego, co sprawia, że jesteśmy wstanie ruszyć nasze tyłki z kanap lub nie?
Dlatego kiedy mam przed oczyma, pot i łzy na twardej podłodze, krępujące bulgotanie w trzewiach, w najmniej odpowiednich momentach, nie zawsze udane walki ze zwieraczami, w chwilach największych wysiłków, to jeszcze na starcie odpuszczam. W końcu mamusia robi takie pyszne obiadki, piecze niebiańskie w smaku ciacha i mówi, że ma najśliczniejszą córunie na świecie. Jak tu się oprzeć takim argumentom??? Olać korpus, w końcu pół Facebooka wychwala pod niebiosa moją śliczną buzie! Wiem…zostanę w domciu, napcham się niczym chomik mamuni dziełami, a na FB fotki ograniczę jedynie do twarzy…no chyba, że i ona pod wpływem naporu żywności spuchnie?! Ha!…zawsze jako awatar mogę zamieścić kwiatek, piesia albo kotka 😀

Koniec żartów! Dzisiaj po wypiciu niemal litra soku i zjedzeniu kiści winogron myślałam, że wybuchnę?! Chodziłam taka napuchnięta i nieszczęśliwa po hipermarkecie, z zazdrością patrząc na kobiety, mieszczące się w eMki…też się mieściłam…zanim wyszłam za mąż :/ Nie…nie zamierzam obarczać męża winą za obecny stan „rzeczy”. Wiem jedno…nikt tego nie zmieni za mnie…więc albo wyimaginowany awatar na Facebooku, a w domu zajadająca swoje kompleksy purchawka, albo szczęśliwą w pełni, pełna energii lasencja w kiecce rozmiaru eM???? Jutro wskakuje na szpitalną wagę, zapisuje te paskudną liczbę i rozpoczynam proces przepoczwarzania się w motylka hehehehe…
O wszelkich postępach, w ramach dawania dobrego przykładu, będę Was informować 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.