Kąpiel w dźwiękach…

Kąpiel zazwyczaj kojarzy nam się z pełną wanną wody, być może z pianą wylewającą się na kafelki. Przy znacznie bogatszej fantazji… świece, lampka wina i być może ktoś do towarzystwa… ?
Rzecz jasna, wiele zależy od tego, jak pojemną wannę posiadamy ? Jeśli z własnego wyboru zamiast wanny, jesteście nieszczęsnymi posiadaczami prysznica, kąpiel może ograniczać się jedynie do wyobraźni…

Nie o takiej kąpieli jednak, chciałabym Wam dzisiaj opowiedzieć, lecz o czymś, czego doświadczyłam osobiście, dopiero po przyjeździe do Trójmiasta. Wcześniej jedynie czytałam o cudownych jej właściwościach i niezwykłych doświadczeniach w ciele i w umyśle z nią związanych. Zaczęłam zgłębiać temat etapami. Najpierw kąpiel zbiorowa, na zasadzie mini koncertu, podczas mojej pierwszej wizyty w Gdańsku, w ramach Festiwalu Wdzięczności i Motywacji. Później były mini recitale, że tak sobie pozwolę nazwać, kameralne koncerty u Joasi w domu. Były i koncerty w teatrze, na które przybywałam niemalże na skrzydłach, po drodze zapraszając znajomych. Aż w końcu pewnego dnia, zażyłam kąpieli w niesamowitych dźwiękach mis tybetańskich i gongów indywidualnie. To było coś tak niespotykanego, że próbując być skrupulatną w opisie owego doświadczenia, z trudnością ubieram je w słowa.

singing-bowl-233991_1920
Najpierw niczym w tańcu, próba wyczucia partnera. Ten dźwięk zbyt mocny, kolejny za słaby, ze śpiewem drażniąco, bez śpiewu niepełnie. I tak od kąpieli przeszłam do masaży. Ułożona wygodnie na cienkim materacu, z wałkiem pod głową, stopami owiniętymi kocykiem (gdyż właśnie moje stopy, za każdym niemalże razem, marzły podczas owych doznań), odpływałam gdzieś daleko na nutkach, które za pomocą niemalże magicznych pałeczek, wydobywała z tych osobliwych instrumentów Joasia. Zanurzałam się głębiej i głębiej, moje ciało robiło się coraz cięższe i za razem coraz bardziej odprężone. Pod moimi powiekami igrały ze sobą kolory tęczy, do momentu, kiedy zostały pochłonięte przez intensywnie różową mgłę…a potem odpłynęłam…by obudzić się czasem niemalże godzinę później, słysząc z oddali ( jak mi się wtedy wydawało) głos Joasi śpiewający mantrę…

Doznania w ciele były niczym fale drgań. Od stóp do głów moje ciało przeszywały dreszcze. Czułam ciepło w ciele i ogromne, obejmujące zarówno każdą cząstkę mojego ciała jak i umysłu wyciszenie. Odprężenie, przypominające stan po zakończonym masażu manualnym, lecz tu poza dźwiękiem i wibracją instrumentów, nie dotykał mnie kompletnie nikt…. Jeśli do tej pory nie doświadczyliście czegoś podobnego, to zachęcam do spróbowania…naprawdę warto!

JOANNA MOJE DŹWIĘKI zapraszam po więcej informacji na Facebook’a