Jesteś naprawdę fajny!

Kiedy ludzie, którzy tak tłumnie pozostawali w pobliżu Ciebie, znikają gdzieś zajęci swoim życiem i swoimi sprawami, zaczynasz doświadczać samotności.  Z przerażeniem odkrywasz, że nie masz co ze sobą począć?! Szukasz problemu na zewnątrz, a później obarczasz winą siebie. Szukasz rozwiązań na to, aby przyciągnąć tych wszystkich ludzi z powrotem. Myślisz „kim jestem bez nich?”, „Co jest ze mną nie tak, że sobie poszli?”. Gdy stan ten trwa odpowiednio długo, Twój umysł tworzy nowe myśli, które powodują Twoje cierpienie. Potem pojawiają się emocje, te niefajne, te których nie lubimy. Najpierw jesteśmy sami, a później samotni. Nasze poczucie własnej wartości spada, zjeżdża w dół niczym rollercoaster ! Tylko dlaczego tak się dzieje? Dlaczego nie potrafimy być sami ze sobą? Dlaczego bliżej nam do globalnej wioski niż samotnej wyspy? Wiem, teraz już wiem, że wszystko na tym świecie jest ze sobą połączone, a każde wydarzenie na sens, czasem głębszy, czasem płytszy, ale ma. Rodzimy się sami (bo nikt nas nie prowadzi za rękę przez kanał rodny) i umieramy sami (bo choć często rodzina i najbliżsi są obok, to tę drogę również przemierzamy w pojedynkę), a jednak mamy problem z życiem, jedynie w swoim towarzystwie. I nie namawiam tu bynajmniej do prowadzenia samotniczego trybu życia, lecz nie poddawania się lękom w sytuacji, gdy na pewnym etapie naszego życia, przyjdzie nam takie oto życie wieść.

W moim życiu zawsze było wielu ludzi. Codziennie przez mój rodzinny dom ( a w zasadzie mieszkanie) przewijało się sporo osób. Od sąsiadów począwszy, poprzez koleżanki i kolegów, a na chłopakach skończywszy. Nie umiałam być sama. A, że byłam niezwykle pomocna i towarzyska, o poczuciu humoru nie wspomnę, to i ludzi przyciągałam do siebie niczym magnez. Relacje kończąc się, przechodziły w kolejne. Coś się kończyło i zaczynało następne. I tak wkoło. Chorowałam, konkretnie i często. Miałam problemy z oddychaniem, katary, alergie, przeziębienia i wszelkiego typu stany zapalne. Nie łączyłam tego jednak z nadmiarem ludzi wokół mnie. A już w ogóle nie wpadłabym na to, że największym moim problemem było skupianie uwagi na pomaganiu innym, na ich kłopotach, cierpieniu i dylematach. Ciągle byłam w trybie „Matka Teresa w akcji”! Dzieliłam się swoim czasem, przestrzenią i zasobami. Gdzie w tym wszystkim byłam ja sama? Otóż NIE BYŁO MNIE, w ogóle! Nie słuchałam zupełnie swojego ciała, gdy kolejną chorobą próbowało mnie powstrzymać przed destruktywnym funkcjonowaniem. Byłam niczym rozpędzona lokomotywa…ciągle w drodze, ciągle skłonna do pomocy, ciągnąc za sobą te wszystkie wagoniki ( kłopoty i troski innych, poczucie winy, niskie poczucie własnej wartości, lęk przed byciem samą, lęk przed osądzaniem o bycie egoistką, itp itd). Wreszcie przyszedł taki dzień, kiedy moje ciało definitywnie odmówiło posłuszeństwa i odłączyło mnie od najbardziej nakręconej do działania części, od umysłu. Załamałam się. Nie miałam ochoty żyć, ani nic robić. Było mi totalnie wszystko jedno. Wstałam, ubrałam się, chwyciłam automatycznie torbę i kluczyki z domu oraz auta. Nie pamiętam ok 2 tygodni z mego życia po tym momencie…


Krok po kroku, na nowo uczyłam się chcieć. Pobierałam z książek i webinarów online lekcje wdzięczności, ustalanie i dążenie do celów, odnajdywanie tego co mnie cieszy, odwagi aby być sobą i sięgać po swoje. Obcy ludzie uczyli mnie miłości do siebie i tego, że realizowanie siebie i własnych potrzeb nie jest egoizmem, lecz koniecznością do tego, aby móc pomagać innym. Słyszałam, że „Z pustego to i Salomon nie naleje” i „Jak chcesz pomagać innym skoro sama wymagasz pomocy?!”. I tak z dnia na dzień moja wiara w siebie wzrastała. Płakałam gdy docierało do mnie, że nie jestem egoistką ( i w tym problem) i zasługuje na wszystko co najlepsze. Nie mogłam powstrzymać łez, ani ich opanować gdy słyszałam zewsząd „JESTEŚ WAŻNA”, „KOCHAM CIĘ”…

Wybrałam życie, wybrałam siebie i nagle, w moim życiu zaczęły się ZMIANY. Pojawili się właściwi ludzie i sprzyjające sytuacje. Poprzednie życie zostawiłam za sobą. Stawiłam się do obecnego. I choć zdarzają się jeszcze momenty , gdy zatrzymuje się w miejscu, aby odnaleźć właściwą drogę, lub po prostu pomyśleć, to nie panikuje. Pozwalam sobie na te przestoje, szukam w sobie odwagi do kolejnego kroku i wierzę w to, że zostałam stworzona do tego, żeby wieść niesamowite życie ( to moje zdanie mocy 😉 ). Wiem, że życie jest dobre, ze wszystkimi blaskami i cieniami. Mam świadomość tego, że są rzeczy na które nie mam wpływu, lecz są i takie , o których decyduje ja sama. Akceptuje coraz więcej i uczę się akceptacji w stosunku do pozostałych spraw.

Nauczyłam się być sama. Ba! Nawet polubiłam ten stan. Teraz bliżej mi do samotnika niż duszy towarzystwa. Nie mniej jednak potrafię doskonale się odnaleźć w obu przypadkach. Spędzanie czasu w pojedynkę pozwala mi na rozwój, naukę, rozwijanie pasji i umiejętności. Mogę poczytać, poleżeć, spokojnie zebrać myśli lub pomedytować w ciszy. Lubię ciszę tak samo jak odgłosy przyrody (szum morza, śpiew ptaków, świst wiatru w koronach drzew, koncert żab nocą, pohukiwanie sowy czy mruczenie kotów). Cieszę się niczym dziecko słońcem na twarzy i tym, że bezkarnie mogę obserwować otoczenie ( ludzi, zwierzęta, przyrodę…). W tym właśnie stanie nabrałam odwagi do podjęcia kolejnej decyzji, która stanowić będzie o kolejnym etapie mojego życia. Przestałam się bać ludzi, którzy próbowali mnie ciągle szantażować i straszyć, by wymusić na mnie korzystne dla nich działanie. Uwierzyłam, że cokolwiek się wydarzy dam sobie z tym rade! Dopóki będę żyć… Teraz JA, teraz moje potrzeby! Gdy w pełni stanę na nogi, ogarnę całą resztę…teraz czekam, kolejny etap mojej życiowej drogi przede mną. Ależ to cudownie myśleć o sobie dobrze, czuć się wspaniale samej ze sobą, mówić o sobie dobrze, znać swoje dobre ale i złe strony ( z jednych korzystać, a drugie akceptować). Cóż mogę więcej dodać? No FAJNA JESTEM I TY TEŻ JESTEŚ FAJNY!!!! Doceń siebie, pokochaj siebie, zaufaj sobie, że dasz radę, cokolwiek się wydarzy OGARNIESZ!