Jak w 30 dni pokochać swoje ciało?


Jakiś czas temu, zakupiłam książkę, taki dziennik wdzięczności. A ponieważ pojęcie wdzięczności nie jest mi obce, a wręcz niezwykle bliskie, to owa książka, przyciągnęła mnie do siebie niczym magnez. Nie bez znaczenia były również polecenia oraz chęć dokonania kolejnej zmiany w sobie, w ramach własnego rozwoju rzecz jasna. Jakiej zmiany? O tym już za chwilkę 😉

To, jak sami siebie postrzegamy, a jak widzą nas inni, to dwie diametralnie różne kwestie. I nie odkrywam tutaj nowych tez czy lądów, po prostu wiedzieć to jedna rzecz, a poczuć to w sobie to druga. Zastanawiałam się od dłuższego czasu nad tym, dlaczego mam tak ogromny problem z przyjmowaniem komplementów, za to krytyka uderza we mnie, niczym piorun z jasnego nieba?! Zatem w ramach nauki przyjmowania miłych superlatyw, postanowiłam powstrzymywać się od stwierdzeń w stylu „no co ty gadasz, jesteś miła/miły ale….,daj spokój to stare, albo… za to tu mi odstaje”…

Kiedy odkryłam siłę oddziaływanie słów na wodę, byłam przerażona. W końcu tyle negatywnych rzeczy wypowiadamy pod własnym adresem, składając się w tak ogromnym stopniu z wody! Przeanalizowałam błyskawicznie to, jak często i w jaki sposób mówiłam o sobie źle.  Zrobiło mi się dosłownie słabo. O „wsparciu” w tym temacie niektórych bliskich, jedynie wspomnę. Mój kochany tatuś, w chwilach gdy nie byłam w żadnej relacji, wyszukiwał mi niemalże ogromnych partnerów twierdząc, że będziemy do siebie idealnie pasowali. On taki „przy sobie”, ja posągowa…duet marzeń. Nieistotną kwestią pozostawał charakter, zainteresowania czy bycie dla siebie atrakcyjnym fizycznie. Mój tata byłyby świetny w łączeniu zwierząt w pary. Hipopotam ze słoniem, lew z wielbłądem, dzik z kapibarą. A… że mają inne potrzeby żywieniowe, zamieszkują inne tereny i w końcu należą do innego gatunku, kompletnie nie miałoby znaczenia. Są duże i włochate? Zatem idealnie się komponują! Cóż…już dawno nie mam o to pretensji do ojca, za to moja świadomość znacznie się zwiększyła.

Kiedy rozpoczynasz przygodę z rozwojem, zwinąć się z powrotem nie ma szansy. Możesz się zatrzymać w miejscu, albo podążać dalej. Niestety twój świat, nigdy nie będzie już taki sam. A jeśli coś ci nie pasuje, zupełnie ci sie nie podoba, to po prostu to zmień- oto moja zasada 🙂 Pod warunkiem rzecz jasna, że najpierw spróbujesz to polubić… Tu mam na myśli kwestie kształtu nosa, wygląd ust czy rozmiar biustu. W dobie rozwoju dzisiejszej medycyny plastycznej, jedynie grubość portfela nas ogranicza. Jestem przeciwniczką operacji bez uzasadnionej potrzeby, ale jeśli nie jesteśmy wstanie zaakceptować i być szczęśliwymi, to po co się zadręczać? Tak czy inaczej, po odkryciu braku zgody dla własnego wyglądu, a konkretnie paru jego elementów, które jednak zachowam w tajemnicy, postanowiłam popracować nad swoim podejściem do siebie i owych części.

Każdy ze sposobów na jakie trafiałam, czy dzięki artykułom, poradnikom lub ludziom, nie był dla mnie wystarczająco dobry z tego względu, że bardzo szybko mnie zniechęcał do siebie. A kiedy porzucałam daną metodę, z prędkością światła wracałam do poprzedniego stanu rzeczy. Jedynym plusem owych powrotów, było zwiększenie świadomości względem własnej osoby i owego problemu. Niestety problem nie znikał, a stawał się coraz większym wyzwaniem. Doszło do tak kuriozalnych sytuacji jak wchodzenie w relacje z mężczyznami, których nie ja wybierałam, a oni mnie. A ja? Cóż, przez chwilę odczuwałam satysfakcje z tego, że KTOŚ mnie chciał. Głupie co? Jednak było prawdziwe.

Teraz, gdy już znam mechanizm, postanowiłam pobyć sama ze sobą, nauczyć się akceptacji siebie w takiej formie, w jakiej występuje. Powiem więcej…zapragnęłam pokochać to, jak wyglądam…w całości. I to co w sobie lubię i to, za czym nie przepadam. I tu się zaczyna niezła orka. Okazuje się, że gdy tylko zaczynam codzienną pracę, z dziennikiem wdzięczności względem własnego ciała, mój mózg mnie sabotuje. Myśli, jakie pojawiają się w mojej głowie, gdy zaczynam doceniać daną część ciała, to jakaś katastrofa. Mój wewnętrzny krytyk ma niezłą zabawę. Przykładowo: Piszę…”kocham mój brzuch, bo tak dzielnie trawi to, co ja pochłaniam”, a w głowie pojawia się tekst: ” tiaaa wpierdzielasz takie paści, że znowu cie brzuch napierdziela! Widziałaś te oponę, która się utworzyła wokół twojego pasa??? Pasa, jakiego pasa hahahaha?”. I tu ręce mi opadają, ale nie poddaję się, piszę dalej. Sytuacja sie powtarza przy każdym nielubianym przeze mnie fragmencie.Nie pomaga mi również ignorowanie faktu, że bok książki mi się rozkleja, a tego nie lubię. Staram się nie dawać temu uwagi, sklejam książkę. Niestety nie pomaga. Z dnia na dzień entuzjazm mi opada, a w głowie pojawiają się wymówki. Zaczynam tak sobie organizować czas, że brakuje mi miejsca na prowadzenie dziennika. A gdy w ostatniej chwili, tuż przed snem, wygospodaruje choć chwilkę,  to piszę bez zagłębiania się w tekst, wręcz machinalnie, a na koniec, na szybko, maluje serducho przy obrazku, odzwierciedlającym daną część ciała, zamykam książkę i kładę sie spać.


Gdy pakowałam się na święta do rodziców, kilkakrotnie mój wzrok lądował na dzienniku. Nie zabrałam go jednak, tłumacząc sobie, że i tak nie będę miała czasu go wypełniać. Moja przerwa w pisaniu trwa do dzisiaj. Wiem, że aby moje starania odniosły pożądany efekt, muszę skrupulatnie i z wdzięcznością odnosić się do mojego ciała codziennie, minimum przez 30 dni, aby zmienić każdy nabyty przez całe moje życie nawyk. Niestety, chwilowo mój umysł zwyciężył walkę z sercem i duszą. Jednak do listy postanowień na 2017, oprócz powtórzenia angielskiego i nauki włoskiego dopisuje ” POKOCHAĆ WŁASNE CIAŁO!”…Tym razem, zrobię wszystko, aby tego dokonać! O wyniku moich poczynań, będę Was informować na bieżąco 😉

Leave a Comment

Filed under Pokochać siebie...

Comments are closed.