Jak spacyfikowałam górników :P

Przez większość życia, zupełnie nie miałam pojęcia kim chce zostać. Jasne, jak każdy dzieciak, co jakiś czas, wyobrażałam sobie siebie jako psychologa, ekspedientkę w butiku, nauczycielkę, sekretarkę. Aby przedstawić Wam wachlarz postaci , w jakie wcielałam się jako dziecko, musiałabym podpytać mamę lub siostrę. Jednak do żadnej z tych profesji, nie zapałałam na tyle głębokim uczuciem, aby postawić sobie jasno cel i do niego dążyć. I tak płynęłam przez życie, imając się różnych zawodów. Niestety, bardzo szybko mój zapał gasł i dochodziłam do wniosku, że jestem w niewłaściwym miejscu. Dopiero niedawno odkryłam swoje powołanie. Wiele z moich decyzji zawdzięczam ludziom, jakich miałam okazje spotykać na własnej drodze. Jedni służyli pomocą i radą , inni potrafili skutecznie utrudnić lub obrzydzić mi daną prace.

A ponieważ zawsze kierowałam się zasadą, że „ jeśli cokolwiek robisz, to rób to najlepiej jak potrafisz”, dlatego wiecznie trafiałam na ściany i ludzi skutecznie przeszkadzających mi w działaniu. Kiedy nie mogę gdzieś funkcjonować wg tej zasady, albo wokół mnie zgromadzone są osoby, próbujące „jakoś” przetrwać na danym stanowisku, mające w głębokim poważaniu sposób wykonywania przez nie powierzonych czynności, wtedy zaczynam odczuwać ogromny stres. Zaciskam zęby próbując nie wybuchnąć. Tak niestety na dłuższą metę nie da się funkcjonować. Cóż…jaki kraj, taki „klimat”.
Ale do rzeczy…Pierwszym zawodem, jaki przyszło mi wykonywać, jeszcze przed dwudziestym rokiem życia, był zawód barmanki. W taki oto sposób, rozpoczęłam prace w knajpie, nieopodal kopalni, blisko centrum miasta, w którym mieszkałam. Przekrój klienteli od rana do wieczora był niezwykle barwny. Rano górnicy po nocce, na piwko, później studenci, młodzież i rodziny.
Generalnie, dzięki tej rotacji, nauczyłam się płynnego dostosowywania zarówno słownictwa, jak i sposobu bycia, do grupy z jaką w danym momencie miałam do czynienia.
Lokal, w którym rozpoczynałam swoją karierę zawodową, został mi polecony przez Urząd Pracy. Na małej karteczce, zanotowano mi adres i numer telefonu. Pracownica z miną zbawiającej świat, wręczyła mi ową karteczkę i pożegnała, kierując wzrok na kolejnego petenta.
Prace dostałam bez problemu, zostałam zmierzona wzrokiem od stop do głów. Obiecano mi umowę w najbliższych dniach i wdrożono do pracy. Byłam z siebie dumna. Moja pierwsza praca, samodzielne stanowisko. Bar stanowił odrębne pomieszczenie, usytuowane na jednej ze ścian, niemalże na wprost wejścia do lokalu. Zamykano go w dwojaki sposób. Masywną roletą antywłamaniową od strony lady i drzwiami z jednej ze stron tego pomieszczenia, zamykanymi na klucz. I właśnie ta konstrukcja tego baru, pomogła mi uchronić cały lokal od poważnych uszkodzeń, a do tego większego rozlewu krwi. Do tej chwili się zastanawiam, jak taka młoda, słaba fizycznie dziewczyna, uspokoiła grupę zdenerwowanych mężczyzn. Dwóch z nich zapamiętale okładało się pięściami, a krzesła zmieniały swoje lokalizacje.
Był wczesny, mroźny poranek, kiedy dotarłam do miejsca pracy. Przed drzwiami, stała już i czekała na mnie grupa mężczyzn. W tym również momencie zostałam tytułowana „szefową”.
Musiałam powstrzymywać wybuch śmiechu. Sprawa była poważna, tym mężczyznom wybitnie chciało się „pić”! 😀


Z racji tego, że zarówno oni jak i ja byliśmy za wcześnie na miejscu, wprowadziłam obowiązek współpracy, w celu szybszego umoczenia ust w wiadomym trunku 😉
Panowie, zdejmowali krzesła i równo ustawiali je przy stolikach. W tym czasie, cierpliwie trzymałam palec na guziku, otwierającym roletę i obserwowałam jak się składa.
Kiedy lokal był w pełni przygotowany na przyjecie klientów, sprawdziłam stan beczki z piwem i rozpoczęłam „pojenie”. Klienci obsłużeni, lokal uruchomiony, braki na półkach uzupełnione, wiec zajęłam się przecieraniem szklanych elementów mojego stanowiska. Nagle, usłyszałam krzyki dobiegające z rogu sali i nim zdążyłam zareagować,  trwało regularne przestawianie szczęk. Krzesła fruwały, krew pryskała na podłogę, słychać było wrzaski i przekleństwa.
Wzięłam głęboki oddech, szukałam w głowie pomysłu na działanie. Ubolewałam nad brakiem umiejętności chwytów, z jakiejkolwiek sztuki walki. Zmiana płci nie wchodziła w grę, zresztą nie była w tym momencie możliwa. Rzuciłam ściereczkę, chwyciłam klucze z baru i zaczęłam zsuwać roletę wbrew protestom, pozostałych uczestników rozróby. Następnie zamknęłam drzwi na klucz. Usiadłam na wysokim, barowym krześle przed ladą, z kluczami w dłoniach i zebrałam całą odwagę, na jaką było mnie w tym momencie stać. Poinformowałam donośnym głosem obecnych, nie otworze baru, dopóki nie przestaną się bić. Jeśli nie posłuchają tego o czym mowie, to jestem gotowa w tej chwili, zebrać swoje rzeczy, zamknąć lokal z nimi w środku i wrócić do domu. Usłyszałam, że zwolnią mnie za coś takiego. Bałam się tego, ale pomimo to odpowiedziałam, że mam to….gdzieś, delikatnie rzecz ujmując. Nadal nie miałam umowy, wiec równie dobrze mogłabym w tym momencie siedzieć w domciu i popijać ciepłą herbatkę. Gdy ubierałam kurtkę, dotarły do mnie słowa:
– Szefowo, może pani nie zamykać baru?
– Mogę – odpowiedziałam – jak wyprowadzicie krwawiących, ustawicie stoły i krzesła na miejscach !
Widząc jak lokal zaczyna wracać do stanu pierwotnego, wręczyłam jednemu z panów wiadro z gorącą wodą, płynem i miotłę ze szmatą. Poprosiłam o wytarcie całej krwi z podłogi. Sama ponownie zajęłam się otwieraniem baru. Od tego momentu, każdego poranka, moi stali „klienci”, czekali na mnie przed knajpką, pomagali ustawiać krzesła i zachowywali spokój w trakcie mojej zmiany.
Tej dzielnej kobitki szukam w sobie codziennie bo wiem, że ona gdzieś tam jest i manifestuje swą obecność buntem wobec krzywd jakich doświadczają inni.

2 thoughts on “Jak spacyfikowałam górników :P

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.