Jak pokonałam lęk przed psami ???

Od kiedy pamiętam bałam się psów. Na ich widok płakałam, piszczałam, chowałam się za maminą spódnicą lub wchodziłam na ławki. Pewnego razu, na widok dwóch hałaśliwych psów w typie yorka, wdrapałam się po maminej nodze jak po słupie. Uczepiłam się jej tali niczym małpka. Mama była zaskoczona ale i niesamowicie ubawiona moją reakcją. Nawet szczeniak, próbując w zabawie gryźć moje sznurowadła, był wstanie doprowadzić mnie do histerii. A wszystko to przez pewne wydarzenie z wczesnego dzieciństwa. Otóż o ile dobrze pamiętam, mieszkaliśmy w czteropiętrowym bloczku, bez windy, rzecz jasna na samej górze. Mając nieco ponad dwa lata, samodzielnie gramoliłam się w górę, a za mną tarabaniąc się z gondolą wózka, szła sapiąc mama.  Wtem, ze środkowego mieszkania na przedostatnim piętrze wybiegł pies, rasy bokser. Zepchnął mnie ze schodów w dół, a gdy leżałam u stóp schodów przeskoczył mnie, po czym pognał na parter. Miałam wstrząśnienie mózgu i ogólnie byłam w szoku. Od tej pory jedyne co byłam wstanie powiedzieć na temat tych zwierząt to: „Hau, hau jest be?!” I tak nadrabiałam drogi idąc do szkoły, na spacer, do lekarza, do koleżanek. Zataczałam kręgi na trawnikach, chodnikach, wśród krzaków. Żaden argument do mnie nie przemawiał. Jakież było zdziwienie mojej mamy, kiedy po powrocie z pracy do mieszkania, zastała je wysprzątane. Dzieci samodzielnie nafaszerowały się kanapkami, a jakby tego było mało, to już od progu stanowiły swoistego rodzaju serwis, obsługujący mamę od stop do głów. Pomagałyśmy Jej się pozbyć płaszcza, butów, które migiem zastąpiłyśmy kapciami, a woda na herbatę już prawie wrzała. Długo się zastanawiałam w jakiej kolejności, piesio niechciany przez sąsiadów, trafił do naszej rodziny. I tu przebiegłość nasza nie znała granic. Kiedy mama stanęła w progu, ów nieszczęśnik już siedział ukryty w naszym pokoju. Nasze prośby o szczeniaka i nadskakiwanie mamie, miało swój ukryty cel. A ten „cel” próbował przegryźć legowisko aby wydostać się na zewnątrz. Dodatkowym motywatorem ku zatrzymaniu zwierzaka u nas, był mój lęk przed psami. W tym właśnie momencie pojawiła się sposobność zaprzyjaźnienia się z tak zwanym wrogiem. I tak rozpoczęło się machanie rękoma do próbującego wskoczyć na wersalkę psiaka. Co chwile zaliczał upadek na plecy z obrotem.

Kolejnym stałym punktem programu było zasikiwanie permanentne dywanów i podłóg, obgryzanie przedmiotów, w tym kapci, nasze piski z radości oraz pierwsze próby wyedukowania naszego niesfornego lokatora. Jedną z ciekawszych metod zatrzymywania uciekającego szczeniaka, jaką chętnie się z Wami podzielę, jest dociskanie go całą powierzchnią dłoni do ziemi, tudzież podłogi. W tym momencie , pod wpływem ciężaru łapki piesia rozchodzą się na boki, coś na kształt podwójnego szpagatu, po czym piesek nieruchomieje nie mogąc kontynuować wędrówki. Sprawdzone i przetestowane przez nas obie, aczkolwiek nie polecam robić tego samodzielnie w domu 😉 Nazwałyśmy naszego pupila na cześć reklamowanej wtedy karmy Chappi. I tak nasz Chappi stał się nieodłącznym członkiem naszej rodziny. Mieliśmy z Chappim, dosyć rozbieżne poglądy na temat spacerów na smyczy. W większości przypadków, ja go ciągnęłam na smyczy za sobą, a on oporował trąc zadem o chodnik, tudzież trawę. I tak spacerowaliśmy sobie trzy razy dziennie. Gusta kulinarne też mieliśmy nieco odmienne, ale ja miałam na niego haka. Wiedziałam, że jest niezwykle zazdrosny o własną michę. Kiedy nie chciał zjadać posiłku przygotowanego przeze mnie, brałam do ręki część tej jego papki i udawałam, że sama ją pochłaniam, mlaskając przy tym i mrucząc. Pies jak zaczarowany, z impetem wpychał łebek do miski i wyjadał całą jej zawartość.

pet-dog-629400_1280
i kolejny „cudzes” 😉

Był z nami zaledwie kilka lat, później ze względu na wielogodzinną nieobecność wszystkich domowników , rodzice podjęli decyzje o wysłaniu psa razem z nami na wakacje do dziadków. Miał pozostać tam razem z nimi, wspomagając dodatkowo opiekę nad inwentarzem. Podróż to była istna gehenna. Po raz pierwszy jechałyśmy z siostrą same, do tego autokarem, blisko koła i z psem na kolanach. Z powodu upału, pies liniał jak szalony, oblepiając mnie sierścią od stóp do głów. Pamiętam moje przerażenie kiedy zerknęłam na rękaw sutanny księdza, który podróżował tym samym autokarem. Nasz pies jechał i na nim?! Na postojach, wychodziłam trzymając psa na rekach, zgięta wpół aby nie wypuszczać niepotrzebnie nadmiaru włosów z ubrania. Jak tylko byłam na zewnątrz, psa stawiałam na ziemi, a sama prostowałam się. Widok musiał być niezwykły. Podczas tego wyprostu, sierść Chappiego odrywała się ode mnie i leciała heeeeeen wysoko!

Na jednym z takich postojów pies mi się wyrwał z ręki i pognał za krową. Wszyscy w autokarze, kierowca trąbi dając znać do odjazdu a ja w polu, ganiam miedzy krowami próbując złapać psa. Kiedy w akcie desperacji i najwyższego stopnia zdenerwowania postanowiłam go tam zostawić, ten przybiegł posłusznie za mną do samochodu. Wydarzeniem kulminacyjnym tej cudownej wyprawy były mdłości zarówno mojej siostry jak i psa. W pewnym momencie w jednej ręce trzymałam woreczek przy ustach siostry, a w drugiej przy pysku psa.
Targały mną konwulsje, ale nie miałam innego wyjścia jak wytrzymać, trzeciej ręki już nie miałam ?! Po tych wszystkich przeżyciach, rozpoczął się etap mojej fascynacji psami. Mieszkało ich w naszym mieszkaniu całkiem niezłe stadko. Ale o reszcie naszego inwentarza domowego, opowiem innym razem.

3 thoughts on “Jak pokonałam lęk przed psami ???

  1. Madziu, a ten psiak, którego miałyście w podstawówce, tak koło 6-8 klasy, to jak się nazywał? Bo pamiętam go bardzo dobrze 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.