Jak odnalazłam w sobie terapeutę?

Gdzieś wewnątrz siebie, przez całe życie czułam, że przyszłam na ten świat, w jakimś konkretnym celu. Niestety treść planu została zaszyfrowana, a klucz do szyfru, ukryty został w mojej podświadomości. Z kimkolwiek łączył mnie los, cokolwiek robiłam, jakiej pracy się nie podejmowałam, ciągle miałam to poczucie bycia nie na swoim miejscu. Nieustannie wydawało mi się, że żyje życiem kogoś zupełnie innego. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy poczułam tę iskierkę…coś, co naprowadzało mnie na właściwą drogę. Wtedy po raz pierwszy, dotarło do mnie jak to jest kochać to, co się robi? Jak to jest oddawać się czemuś z jakąś pasją?

Na turnus rehabilitacyjny dla Dzieci i Młodzieży Niepełnosprawnej trafiłam z jednego powodu. I nie był to mój świadomy wybór. Powód ten był na tyle zagmatwany, iż aby go wyjaśnić, musiałabym się zagłębić w relacje ludzkie. Nie chcąc jednak tak głęboko w ten temat wchodzić, ujmę to skrótowo. Otóż mój ówczesny chłopak („facet z plamą na brodzie”)był przyjacielem jednego z terapeutów. Ten z kolei, uzależnił swój wyjazd od zabrania kumpla, kumpel natomiast nie chciał się nigdzie ruszyć bez swojej ukochanej Madzi 😉 I tak Madzia wyruszyła na nieznane sobie wody, zupełnie nie spodziewając się dokąd ją one zabiorą. Zawsze wiedziałam, że jestem zbyt wrażliwa, na bezpośredni kontakt z ludzkim cierpieniem. Krzywda ludzka, czy też znęcanie się nad zwierzętami, wyciskały z moich oczu łzy po to, aby za chwile przejść w gniew, wobec niesprawiedliwości świata.

Niemniej jednak spakowani, nieświadomi tego co nas czeka, jechaliśmy prywatnym transportem na miejsce. To, czego mi dane było wtedy doświadczyć, przerosło wszelkie moje wyobrażenia. Taka różnorodność niepełnosprawności, tyle form, tyle historii, tyle tragedii…. Byłam przerażona, ale za wszelka cenę próbowałam ukryć to, co naprawdę czułam. Za nic na świecie, nie chciałam nikogo urazić, sprawić jakiejkolwiek przykrości, pokazać, że są inni. A już z pewnością nie wybaczyłabym sobie, gdybym swoim zachowaniem, bądź miną pokazała im, jak bardzo przerażał mnie stan, w jakim niektórzy z nich się znajdowali. Niemiłosiernie powykrzywiani, zdeformowani, śliniący się, niepotrafiący skoordynować ruchów, uwięzieni we własnych ciałach i na wózkach. Panicznie bałam się zostać z kimkolwiek sam na sam w obawie, że wydarzy się coś, na co nie będę przygotowana. Płakałam…znalazłam sobie ustronne miejsce i wyłam zanosząc się od płaczu. To był dla mnie szok. Jedną rzecz jednak zapamiętam do końca życia. Miłość, z jaką ich opiekunowie, rodzice odnosili się do nich.

Byłam zła na siebie za te wszystkie emocje, jakie mną targały, nie pozwalając normalnie egzystować. Patrzyłam z podziwem na opiekunów, którzy potrafili tak swobodnie przebywać wśród tej młodzieży. Fenomenem był dla mnie sposób, w jaki się z nimi komunikowali. Ja nie rozumiałam kompletnie nic z tego, co z siebie wykrztuszali. Czułam silne napięcie, byłam zdenerwowana, zestresowana wręcz. Pierwsze dni były dla mnie szokiem. Te wszystkie odgłosy jakie wydawali, ta woń uślinionej odzieży… Nie byłam wstanie nic przełknąć. Opanowywałam podskoki na krześle, które były reakcją, na niespodziewane odgłosy, jakie ni stad ni zowąd z siebie wydawali. Krzyki, wrzaski, płacz, pohukiwanie, jęki.

W pewnym momencie, coś we mnie się zmieniło. Zaczęłam patrzyć na nich z troską. Ocierałam ślinę z ich twarzy, przejmowałam karmienie, przytulałam, uczyłam się sposobu porozumiewania. Dostałam pod opiekę pewnego chłopca,z którym zdobyliśmy Morskie Oko, piliśmy herbatkę w schronisku, podrygiwaliśmy wraz z jego wózkiem, przechylonym pod kątem, w rytm muzyki techno. Poczułam, że kocham to robić, że uwielbiam spędzać z nimi czas…znalazłam tym dzieciakom miejsce w moim serduchu. Nauczyli mnie być sobą, cieszyć się chwilami, pękać ze śmiechu z głupot. Bycie wśród nich i dla nich, stało się sensem mojego istnienia. Przebywanie z nimi, nauczyło mnie jak wielką wartość ma życie i zdrowie. Z nimi i dla nich, pokonywałam bariery, uczyłam się pokory. A co najważniejsze, odkryłam w sobie pasje, znalazłam cel i miejsce na ziemi przez prawie 10 lat.

image_15
Neo w trakcie prowadzonych przeze mnie zajęć dogoterapeutycznych.

Co prawda przez ten czas, nie byłam tam gdzie to wszystko się zaczęło, ale w zupełnie innym miejscu. Czułam, że jestem kochana i kochałam całym serduchem. Wszystkie zmiany jakich dokonywałam, każdą dziwną na pozór rzecz, jaką robiłam dla tych dzieciaków, robiłam po to, aby byli szczęśliwi. Wiem, że moje koleżanki z pracy nieraz miały do mnie o to pretensje i nie byłam lubiana za to, co wymyślałam. Z perspektywy czasu i tak uważam, że było warto. Zwłaszcza kiedy idąc korytarzem, w odpowiedzi na moje „dzień dobry”, słyszałam okrzyki dzieciaków, świadczące o tym, że wiedzą kto idzie. Ta ich radość, machanie rękoma, uśmiech na buziach, oczekiwanie na przytulenie czy całusa…i słowa jednego z podopiecznych” Ciocia, jak ja Ciebie dawno nie widziałem…pięknie dzisiaj wyglądasz!”. Nawet kiedy włosy miałam związane w pośpiechu, brak makijażu zwiastował zaspanie, a strój roboczy wymagał zmiany, po wczorajszym malowaniu farbami, tudzież karmieniu. Dlaczego nadal nie wykonuje tego zawodu?…To opowieść na jeden z kolejnych wpisów. A co z Waszymi pasjami? Czy robicie to, co kochacie? Czy budzicie się codziennie z myślą… „kurcze, ale super nowy dzień” czy może „ Jezu, znowu muszę tam iść?!”.

2 thoughts on “Jak odnalazłam w sobie terapeutę?

  1. Kochana wzruszył mnie bardzo ten tekst. To o czym piszesz jest mi bardzo bliskie z powodów wiadomych. Ściskam Cię mocno :*

  2. Bardzo dziękuję, to trudny temat zarówno do czytania jak i pisania. Pozdrawiam ciepluteńko 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.