Gdzie się podziewała Lenka???

Za mną dosyć specyficzny miesiąc, wypełniony zmianami jakie zachodziły we mnie, ale i nowymi wyzwaniami. Mam poniekąd takie wrażenie, że ostatnie tygodnie,  jakoś przeleciały mi przez palce. Miałam tyle różnych planów, a wykonałam z nich może ze dwa punkty. Tyle osób na mnie liczyło…no właśnie, czułam ogromną presję z powodu wewnętrznego zobowiązania, które sama sobie jak widać narzuciłam. Chciałam zorganizować kilka ciekawych spotkań, niestety pogoda kompletnie moim pomysłom nie sprzyjała. Bo jak tu spędzić noc na plaży, podziwiając zachód słońca, a później gwiazdy, w nasiąkniętym od deszczu śpiworze?! Jakby tego było mało, w moim nosku pojawił się nie proszony (a przynajmniej świadomie) „gość”, który dość skutecznie uniemożliwiał mi wypoczynek we śnie, o śnie nie wspominając. Poranki były potworne, gdyż zaczynały się od odklejania języka od podniebienia, szorowania zębów i naprzemiennego picia kawy z oddychaniem. Było, minęło…temu panu już dziękujemy!!!

Jestem postrzegana jako wygadana osóbka, z wiecznie przyklejonym do twarzy uśmiechem…. Uwierzcie mi, w tym miesiącu zmuszałam się do uśmiechu i do bycia pozytywną istotą. Z wyjątkiem paru sytuacji, w których zapominałam o tym, co się dzieje w moim życiu, a skupiałam się na innych. A tych „INNYCH” na szczęście nie brakowało. Potrzebujące domu i człowieka koty, kolega z pracy, któremu najpierw mama chorowała, a potem umarła. Opieka nad mini zoo moich przyjaciół, tydzień z Franciszkiem ( kotem moich współlokatorów), spotkania i rozmowy z osobami, które akurat w tym miesiącu potrzebowały mojego wsparcia. I tak ów miesiąc zleciał….

Przeglądam materiały, teksty, które w międzyczasie pisałam…bo w ten sposób wyrzucam z siebie to, co mi zalega tu i ówdzie w sercu i w głowie. I nie potrafię zdecydować, który z nich publikować, a który jeszcze dopracować? Ta wewnętrzna Pani Krytyk/ Perfekcjonistka, nie daje mi spokojnie podjąć decyzji. Na szczęście kiedy odpuszczamy pewne kwestie, robimy sobie przerwę od myślenia o nich, wtedy przychodzą do nas odpowiedzi, wnioski, myśli… Pytaliście mnie na facebooku co z kotami, jaka decyzja? Otóż, kiedy wybierałam już jakąś opcje, opcja ta przestawała być dostępna, a przynajmniej w najbliższym czasie. W jej miejscu pojawiały się inne, trudniejsze, wymagające ode mnie głębszych przemyśleń. Nie wiedząc kompletnie co uczynić odpuszczałam. Odpowiedzi przychodziły niespodziewanie, w postaci wniosków z mego życia. I tak siedząc w kuchni u mojej Asi, popijając kawę, lub herbatę…nie pamiętam dokładnie, w każdym razie spojrzałam na Nią i powiedziałam: „Ja nie chcę TYCH kotów, chcę INNE, a mam dylemat bo po raz kolejny w moim życiu, włączył mi się syndrom MATKI TERESY Z KALKUTY i chcę zbawiać świat?!”

DSC_0087
I tak odpuściłam chwilowo adopcje, nie porzucając oczywiście marzenia o własnym kocie. Wierzę, że kiedy przyjdzie na niego czas, on się po prostu pojawi w moim życiu, wychodząc do mnie na przykład spod auta…gdzieś na jednej z uliczek…być może Gdańska?

Ten okres nauczył mnie jednego, to czym emanujemy przyciągamy do swojego życia. Nie są to odkrywcze wnioski, a jedynie fizyczne doświadczenie treści, które zarówno mnie, jak i wielu z Was nie są obce. Nie mniej jednak słyszeć, czytać, wiedzieć, to nie to samo co odczuć na sobie…
Kiedy leżałam na leżaku, w ogródku moich znajomych, na twarzy miałam słoneczko, a włosy targał mi wiatr, czułam skumulowaną we mnie miłość. Dotarło do mnie, jak wiele jej nadal mam w sobie. Gdy poczułam ją intensywnie w sercu, bo na sile serca wtedy się skupiałam, nagle na moje kolana wskoczyła młodsza kotka, po niej starsza szukała miejsca pomiędzy moim brzuchem a klatką piersiową. Zaczęłam się śmiać i wtedy moje stopy, przykryło cielsko Golden retrievera, niemalże identycznego jak mój nieżyjący już Neo, z tymże ten wabi się Borys. Ostatnia myśl w tej błogości, jaka pojawiła się w mojej głowie brzmiała: „Niech ktoś mnie posypie rybkami z akwarium stojącym w pokoju”…

Jest kilka kwestii, nad którymi obecnie pracuje w sobie. Cierpliwość, umiejętność proszenia o pomoc, przyjmowanie jej, wybaczanie sobie, ale i innym, odpuszczanie i wiara w siebie oraz swoje umiejętności. Sporo tego, z tego oto powodu zajmuje się każdą rzeczą z osobna, w zależności od sytuacji jaka mnie spotyka. Odpuściłam intensywne poszukiwanie odpowiedzi na pytanie „Kim jestem?” i nie chodzi tu o kwestię płci, zawodu, pochodzenia..lecz raczej tego jaki obrać cel w życiu, jakie jest moje przeznaczenie, moja dalsza droga. Pół swojego życia niemalże przespałam, funkcjonując na tak zwanym stand by i skupiając się na problemach i pomocy innym. Zaciskałam zęby, gdy nie podobało mi się to co robią i co sobą reprezentują. Sama sobie ale i innym tłumaczyłam innych zachowania…kompletnie bez sensu. Trwałam w poczuciu bycia ofiarą. A wystarczyła jedna decyzja…Niestety tak to zazwyczaj bywa, że te najważniejsze decyzje w życiu podejmujemy pod presją, pod przysłowiową ścianą. Gdy z jednej strony na szali mamy własne zdrowie lub życie, a na drugiej wegetacje ku zadowoleniu innych. To już za mną…

 

Kończąc dzisiejszy wpis jeszcze wspomnę o tym, że odkryłam wiele nowych rzeczy, nowych narzędzi, którymi będę chciała się z Wami podzielić. Między innymi rozwinę kwestie MASAŻU DŹWIĘKIEM, który w ostatnim czasie bardzo mnie wzmacniał, RADYKALNEGO WYBACZANIA, które choć w pigułce, pozwoliło mi spojrzeć na wiele kwestii inaczej. Na nowo zauroczył mnie DWUPUNKT i ulżyła w cierpieniu OPERACJA FANTOMOWA. Cóż to takiego i gdzie w tym tkwi TOTALNA MAGIA???

O tym postaram się Wam sukcesywnie opowiadać…w mojej filiżance został ostatni łyk kawy, a za oknem wita mnie cudownie słoneczny dzionek, zatem czas na wyprawę w świat…dokąd mnie dzisiaj poniesie…? Jeszcze nie wiem…ale czekam na to jak na gwiazdkowy prezent. Miłego dnia Kochani!

 

      Wasza Lenka !