Długa droga do domu…

Tę podróż zapamiętam na długo… Godzina ok 23:20, 23 grudnia. W pośpiechu wysiadałam z samochodu, którym dotarłam na dworzec PKS. Spojrzałam na przyjaciółkę, a potem na swoje trzy torby zastanawiając się, po cholerę znowu tyle tego nabrałam?! Upychając niespodziewany prezent, w ostatnie wolne miejsce szmacianej torby z jedzeniem, ruszyłam w stronę jednej z bramek. Szukałam właściwego autokaru. Były trzy, a na każdym wypisana cała, długasierna lista miast. Biegając pomiędzy nimi, próbowałam omijać stłoczonych ludzi, a przy okazji dowiedzieć się, którym z nich dotrę do Katowic? Ależ byłam poddenerwowana. Miałam złe przeczucia. Kiedy po oklejeniu walizki i kontroli rezerwacji wpakowałam się na górę piętrusa, nie przypuszczałam, że wybór miejsca, będzie miał dla mnie obolałe skutki. Moim oczom ukazały się dwa rzędy czerwonych, skóropodobnych siedzeń, zarówno po lewej stronie wejścia jak i prawej. W autobusie było ciepło i większość atrakcyjnych miejsc już było zajętych. Podeszłam do pierwszego z brzegu wolnego siedzenia i zapytałam siedzącą przy oknie kobietę czy to miejsce jest wolne. W odpowiedzi usłyszałam beznamiętne „proszę”. Widocznie księcia z bajki się spodziewała, niestety miała pecha!

frog-prince-334970_1920
Nie byłam ostatnim z wsiadających pasażerów. Co chwilę ktoś mnie potrącał, przemierzając górną część polskiego busa w tej i z powrotem. Siedzenia na pierwszy rzut oka wydawały się wygodne. Nic bardziej mylącego. Skupienie tak dużej ilości foteli, plus półki nad głowami bez możliwości ich zamykania, sprawiały wrażenie ogromnej ciasnoty. I ta rosnąca z minuty na minutę temperatura powietrza… Chrząkanie, przemieszczanie się, szeleszczenie opakowaniami, płacz dziecka. Jeszcze dobrze nie ruszyliśmy, a już miałam serdecznie dość i zadawałam sobie pytanie : „Co ja tu robię?!”

Kiedy wreszcie rozpoczęliśmy podróż, próbowałam odnaleźć wygodną dla siebie pozycje. Nauczona doświadczeniem, zabrałam ze sobą poduszkę, aby móc jakoś przetrwać noc w autokarze. Nie minęło nawet pół godziny, kiedy zewsząd zaczęły dobiegać zapachy wędlin, jajek na twardo i innych tego typu pokarmów. W pewnej chwili, w moje nozdrza wdarł się specyficzny zapaszek, którego w żaden sposób nie potrafiłam zaklasyfikować. Zerknąwszy w prawo, w stronę obżerającej się pary, zauważyłam jogurt. No tak…kiełbasa, jaja i jogurt….poczułam mdłości. Aby choć na chwile przestać być w „tu i teraz”, korespondowałam ze znajomymi. Niestety, głównym tematem tej korespondencji, była moja opłakana sytuacja. Miałam ochotę wrzeszczeć. Wyręczyło mnie w tym dziecko, które usadowione za moimi plecami w nosidełku, poczęło wrzeszczeć wniebogłosy.Gdyby nie mój wiek, zapewne podłączyłabym się do tego lamentu?! Temperatura rosła, szyby parowały, obżarstwo osiągnęło apogeum. Było mi niewygodnie. Nie mogłam obniżyć oparcia ze względu na dziecko za mną. Katastrofa!

Postanowiłam się skupić na celu mojej udręki. Święta z rodzicami i babcią, pyszne jedzonko, choinka oraz próba odnalezienia w tym wszystkim, choć odrobiny magii. Jedno było pewne…to będzie dłuuuuuuga podróż… W pewnym momencie zgasło światło, a odgłosy jedzenia i picia ucichły. Można by rzec, że nastała cisza, gdyby nie pewna niby drobna kwestia. Pasażerka z siedzenia obok, słuchała disco polo w głośności „ile fabryka dała”. Czułam jak mi rośnie ciśnienie. Obiecałam sobie, że już nigdy w życiu nie wybiorę się w tak długą podróż autokarem! Wtedy przypomniałam sobie o tym, że mój bilet jest również powrotny… Byłam załamana. Cóż…ta bezlitosna ekonomia?! Dziecko nie przestawało płakać, sama miałam ochotę zawyć?!

baby-215303_1920
W Łodzi nadarzyła się okazja do zmiany miejsca, z czego z radością skorzystałam, zajmując miejsce przy oknie. Oparłam poduszkę o szybę i kiedy już miałam wyciągnąć nogi na siedzeniu obok, usłyszałam męski głos : ” Można?”. Zerknęłam na jegomościa i pomyślałam, że jeśli skłamię, jego miejsce może zająć korpulentna kobieta, stojąca za nim. Byłam umęczona samym początkiem tej podróży, zatem niechętnie odpowiedziałam „proszę bardzo”. Mój nowy towarzysz podróży okazał się nieinwazyjny. Siedział grzecznie na swoim miejscu, korzystał z laptopa, słuchał spokojnej muzyki lub cichutko pochrapywał we śnie. Przed Katowicami rozpoczęliśmy krótką, aczkolwiek zabawną rozmowę. Wyrzuciliśmy z siebie wszystko to, co nam leżało na wątrobie w związku z warunkami całej podróży. Po czym pożegnaliśmy się z uśmiechem.  Na miejscu odbyłam istną walkę o własną walizkę, gdyż stos jaki usypano w bagażniku, uniemożliwiał sprawne przekazywanie pasażerom ich bagaży. Totalna porażka!

luggage-933487_1280 (1)
Pełnia szczęścia, ogarnęła mnie w momencie, kiedy w otwieranych drzwiach rodziców ukazała się moja kochana mama. Home, sweet home….miałam ochotę ucałować chodnik w przedpokoju…

W całej tej podróży odnajduję pewna analogię do własnego życia. Myślę, że to nie tylko kwestia mojego własnego żywota. Cała nasza egzystencja jest jak droga, jak niesamowita podróż przed kolejne wydarzenia. Rodząc się, otrzymujemy w prezencie bilet, dzięki któremu rozpoczynamy tajemniczą wyprawę. Czasem zapiera nam dech od wizualnych wrażeń, czasem zatyka nos od zapachów z jakimi przychodzi nam się zmierzyć. Wszystko po to, aby doświadczać różnych rzeczy, zdobywać doświadczenie i uczyć się doceniać to, co pozornie nam się należy. Otóż nic bardziej mylnego. Całe nasze życie to kwestia decyzji. Bywa, że nasz wybór podyktowany jest ekonomią. Niestety, ekonomia także zależy od naszych decyzji, tych wcześniejszych. I tak, albo mkniemy przez życie pendolino, albo się tłuczemy polskim busem. Hmmmm…to było cenne doświadczenie dla mnie, stąd moja kolejna decyzja. Jaka? O tym w jednym z kolejnych wpisów…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.