Dlaczego znowu ja?!

Jaką trudną czasem i zagmatwaną drogę, musi przejść człowiek, aby dojść do miejsca, w którym zda sobie sprawę z tego, że to wszystko, co się dzieje w jego życiu, naprawdę ma sens?!

W najbardziej dramatycznych momentach naszej egzystencji, zadajemy sobie pytania: Dlaczego mnie to spotkało? Czy to wszystko jest prawdą? Czy moje życie jeszcze kiedyś nabierze sensu? Czy jeszcze kiedyś, tak bardzo pokocham? Czy szczęście jest realne, czy może to jedynie mrzonka? Czy gdzieś tam, czeka mnie jeszcze coś dobrego, coś wyjątkowego, coś stworzonego na miarę…i tylko dla mnie?!

Kiedy doświadczamy traumatycznych wydarzeń, kompletnie nie mamy ochoty na głodne teksty w stylu „Do wesela się zagoi”, „Czas leczy rany”, „Będzie dobrze”. To nie pomaga! Bardziej doprowadza do furii. Mamy wtedy ochotę wbić zęby, w szyję owego pocieszyciela ?!

Jak pomimo wszystko zobaczyć tę iskierkę, to światło w tunelu naszego istnienia??? Gdy jak na złość, wszystko wokół, nam kompletnie nie sprzyja? Czy aby na pewno? Jaki sens ma utrata ukochanej osoby, śmierć dziecka, rodzica, czy wiernego przyjaciela psa? Jak pogodzić się z utratą pracy, w której spędziliśmy kawał naszego życia?

Każde z tych wydarzeń, niejako wymusza na nas zmianę. To najmniej oczekiwana i zupełnie niechciana, forma edukacji od losu w sytuacjach , gdy jesteśmy ślepi i głusi na wszelkie sugestie, jakie dotychczas sugerowały nam zmianę dotychczasowego życia, zachowania, sposobu myślenia czy widzenia pewnych spraw. Możemy wierzyć w co tylko chcemy, w Boga, Los, Wszechświat, porozumienie Dusz przed naszym narodzeniem. Prawda jest jednak taka, że cokolwiek to będzie naszym zdaniem, dąży do jednego, do poszerzenia naszej świadomości jako ludzi, jako istot wyższych, odpowiedzialnych za siebie samych, naszych bliskich i cały świat, w którym żyjemy, a który tak bestialsko traktujemy. Ja wierzę w to, że przychodzimy na ten świat aby doświadczać tego, czego nie zdołaliśmy się nauczyć w poprzednim wcieleniu. Taaaak, wierze w reinkarnację, a tym samym w rozwój duchowy. Od zawsze czułam, że nasza obecność na ziemi, ma o wiele większe znaczenie niż jej sami nadajemy. To nie tylko konsumpcja, prokreacja, pomnażanie dóbr, wydalanie i śmierć.

Kiedy spoglądam w niebo, gdy rozglądam się wokół siebie, nasłuchuje, wącham i smakuje, doświadczam cudu jakim jest moje życie i cały świat, który mnie otacza. I pomyśleć, że były w moim życiu i takie wieczory, gdy kolejny poranek był totalnym bezsensem i równie dobrze mógłby nie przychodzić?!

Ostatnio, moje życie znacznie przyspieszyło i zaczęło przybierać formę, o jakiej świadomie nie śniłam, chociaż jest pewna kwestia, o której być może kiedyś Wam opowiem. W każdym razie, wiele spraw nabiera sensu, pojawia się coraz więcej odpowiedzi na pytania, jakie zadawałam sobie przez całe życie. Budzi to we mnie obawy, ale przyglądam im się ze spokojem, na jaki tylko mnie w danej chwili stać i puszczam te myśli dalej, nie dopuszczając doń emocji. Zamieniam je na poziomie umysłu, w najbardziej optymistyczne wizualizacje, na jakie tylko mogę sobie pozwolić. Uśmiecham się do własnych wyobrażeń, odtwarzając emocje jakie zapewne towarzyszyłyby mi, gdybym doświadczyła stworzonej przeze mnie sytuacji. I tak, z dnia na dzień, niemalże w galopie, moje życie zmienia kierunek i osadza mnie w rzeczywistości, o której kiedyś jedynie nieśmiało marzyłam. Moje myśli wypowiadają inne usta, puste miejsca w moim sercu wypełniają się wyjątkowymi istotami, w towarzystwie, których uśmiech niemalże nie schodzi mi z twarzy, a rozstanie zasmuca.

Wybaczam wszystkim, którzy kiedykolwiek sprawili mi jakikolwiek ból, bo znając siebie, gdyby ciosy nie były tak dosadne, nadal trwałabym w niewłaściwych związkach, dźwigała brzemię cudzych win obarczając nimi siebie. Zapewne byłabym gdzieś indziej, w towarzystwie innych ludzi, wykonywałabym te samą, nie rozwijającą mnie pracę, licząc na cud w tej materii. A tak, ja zrobiłam miejsce w życiu innych na właściwe dla nich osoby, a w moim życiu powstało miejsce dla zupełnie nowych ludzi. Gdzieś całkiem bliziutko powstaje miejsce dla mnie, a przynajmniej taką żywię nadzieję….

Każda relacja, gdyby tylko nadal trwała, nie doprowadziłaby mnie do miejsca, w którym obecnie jestem. Nie poznałabym tylu fantastycznych ludzi, którzy na nowo pokazali mi moją własną wartość. Gdyby nie śmierć dziecka, a później ukochanego futrzastego przyjaciela, to nadal tkwiłabym na południu Polski, za którym nigdy nie przepadałam. Nie ruszyłabym w podróż, która trwa do dzisiaj. A tak codziennie, mam nowe szanse, na bycie cholernie szczęśliwą. I całkiem nieźle mi to wychodzi…

Nadzieja. Ostatnio to określenie zostawiło mnie bez słów, z zaciśniętym gardłem. Próbując nie pokazywać po sobie, jakie to słowo, wywarło na mnie wrażenie, kontynuowałam najszczerszą rozmowę z mężczyzną, na jaką kiedykolwiek mogłam sobie pozwolić i na jaką kiedykolwiek, odważył się mężczyzna w rozmowie ze mną. Na pytanie „dlaczego?” w jednej chwili przychodzi odpowiedź „dojrzałość”. To chyba główny powód poprzednich pomyłek, choć teraz traktuje je jako kolejne lekcje, na drodze ku pełnej dojrzałości. Dojrzały partner, dojrzała ja… oto klucz do spełnienia i trwałości. Mam rację, czy może się mylę?

Kiedy zamieniam własne myśli w te słowa, czuje spokój pomieszany z oczekiwaniem tego, co na mnie czeka za następnym rogiem, w drodze na własne miejsce. Przede mną, jedno chyba z największych wyzwań. Śmieje się na głos, gdzieś pomiędzy tunelem świeżo posadzonych pomidorów, a pomarańczowym domkiem. Milknę na chwilę aby przyjrzeć się bliżej pytaniom, które właśnie pojawiły się w mojej głowie. Czy to wszystko dzieje się naprawdę? I dlaczego nie czuje lęku?

Odgłos wracającego z pola traktora przerywa moją zadumę. Dźwięk zmniejsza się, by w chwilę później zniknąć gdzieś w oddali. Czuje chłód na plecach. Radio nadaje wiadomości, a mnie ogarnia tęsknota jakaś… Uspakaja mnie myśl o powrocie do domu…. Muszę tylko go znaleźć…

Leave a Comment

Filed under Uncategorized

Comments are closed.