Cielesna Krucjata…

Żyjemy, pielęgnując w naszych umysłach, gdzieś na dnie podświadomości, różnego rodzaju przekonania na temat własnego ciała. Z telewizyjnych odbiorników, kolorowych czasopism i internetu, jesteśmy zalewani niedoścignionymi wręcz kanonami urody. To nie pomaga! Aby nie dać się zwariować, powtarzamy niczym mantrę powiedzenia, które jakoś nam samopoczucia nie poprawiają. Gdy i to nie pomaga, co najwytrwalsi podejmują decyzję o rozpoczęciu diety, wylewają siódme poty na siłowni tudzież na macie. Ci którzy zniosą te katusze, okupują swoje fejsowe profile fotkami, z nową lepszą wersją siebie. I nie ma w tym nic złego, jeśli kogokolwiek poza nimi, owa zmiana zmotywuje, zamiast dołować. Żeby nie było, jestem jak najbardziej za dokonywaniem wszelkiego typu zmian, ku uciesze delikwenta. Jednak po moich prywatnych krucjatach, takich które ja sama byłam wstanie przejść dla własnej sylwetki, doszłam do istotnych wniosków. Wnioski te, uświadomiły mi, o co w tym wszystkim tak naprawdę chodzi i gdzie leży prawda? Ćwiczenia ćwiczeniami, dieta dietą, lecz na nic te katusze, jeśli nie zmienimy sposobu postrzegania samego siebie?! Jeżeli nadal będziemy się wyrażać na swój temat niepochlebnie, złośliwie żartować ze swego ciała, a co gorsza pozwalać na to innym, to każda nowa cielesna rewolucja będzie jedynie ułudą. I wystarczy chwila nieuwagi, kryzys życiowy, aby efekt jojo, z szyderczym uśmieszkiem, oblepił na nowo nasze ciała tłuszczykiem. Znam tak wiele pięknych i zgrabnych kobiet, które ciągle próbują w sobie coś udoskonalać i nadal zalewają się łzami, tudzież narzekają na swoje „niedoskonałości”. To jakaś paranoja i błędne koło! Sama odkąd pamiętam, borykam się z tą przypadłością i szczerze mówiąc MAM JUŻ SERDECZNIE DOŚĆ!!!

Miałam dwie opcje. Zejść na dno użalania się nad sobą, albo zacząć pracę u podstaw. Wybrałam drugie rozwiązanie. Wyszperałam spomiędzy książek taką, która od roku zerkała na mnie z regału, ale wymówki nie pozwalały mi po nią sięgnąć. I tak, rozpoczęłam pracę z ciałem i umysłem. Poprzednio poległam po tygodniu. Tym razem jestem zdeterminowana by osiągnąć CEL.

Wraz z nowym wyzwaniem pojawiło się dwóch upierdliwych kolesi, którzy łażą za mną przez większość życia. W imię chęci pomocy i ratowania mnie przed samą sobą, zajadle pakują się w moje życie. Ktoś pewnie powie ” każ się odczepić dziadom!” Tylko jak się szybko pozbyć KAZIKA i EGONA?! Zapewne się zastanawiacie kim są ci „dżentelmeni”, o jakże uroczych imionach? Otóż Kazik to wewnętrzny krytyk, którego każdy z nas posiada. Ów krytyk, pojawia się za każdym razem, gdy próbujemy dokonywać jakiś ważnych w naszym życiu przełomów lub gdy chcemy podjąć jakieś wyzwanie. Porażki przemilczę, choć  to właśnie na nich ma największe pole do popisu. Wprost uwielbia podpinać się pod krytykę innych i podkopywać często już nadwątlone, nasze poczucie wartości.  Egon. Ten to dopiero persona! To tak naprawdę nasza własna opinia o sobie i zależy w dużym stopniu od naszego poczucia własnej wartości.

Dosyć definicji! Przejdźmy do sytuacji, w której decydujesz o zmianie, w celu na przykład poprawienia własnego wyglądu.  Odkąd podjęłam wyzwanie pracy ze sobą i z książką „Pokochaj swoje ciało w 30 dni. Dziennik wdzięczności”, mam niezły ubaw sama ze sobą. Zresztą opowiadając mojej fantastycznej koleżance, o moich zmaganiach z Egonem i Kazikiem, śmiałyśmy się do rozpuku.  A oto jak sobie ich wyobraziłyśmy:

KAZIK- łysiejący, w średnim wieku mężczyzna. Ubrany w sprany podkoszulek na ramiączkach i spodnie z dresu, odsłaniające rowek ( mój prywatny koszmarek wizualny). Siedzi taki na fotelu przed tv, a za krótki podkoszulek odsłania mu sporych gabarytów brzuchol. Sfrustrowany własnymi niepowodzeniami, uprzykrza moje życie. Raz wygrywa, raz przegrywa. Ostatnimi czasy jestem górą i ufam, że tak już pozostanie.

EGON- wysoki, przeraźliwie chudy, z zapadniętymi policzkami człek. Z misternie ulizanymi włosami i okularami z okrągłymi, małymi szkiełkami. Garnitur idealnie dopasowany do sylwetki, zestawiony kolorystycznie z butami i koszulą, o krawacie nie wspomnę.  Wszystkiemu przygląda się z przekąsem. Ma przemożne poczucie, że może wiele i stać go na więcej. Został stworzony do celów wyższych.

Biorę książkę do ręki, czytam opis ciała. Czuję ogromną wdzięczność za to, że tak sprawnie działa i dzięki niemu mogę tak wiele. I gdy ubieram to w słowa, tworząc wdzięczność do zapisania w owej książce, odzywa się Kazik „tiaaaa jasne, sprawnie działa, ale biegać nie potrafisz?”
Wzięłam głęboki oddech, zapisałam co miałam, na grafice przedstawiającej fragment mojego ciała, namalowałam serduszko. I tu odezwał się Kazik ” nie no błagam cię, nie za stara jesteś na takie rzeczy?”, a Egon dorzucił „Mogłabyś w tym czasie pisać książkę. Sama sobie poradzisz z akceptacją bo jesteś tego świadoma. To nie dla ciebie. Ty w tym czasie mogłabyś robić coś bardziej konstruktywnego” . Na to Kazik „I tak się poddasz, założysz się?”. Podziękowałam obu panom i kontynuowałam proces. Tak było pierwszego dnia. Pozostałe były ciekawsze.
Jednego wieczoru chyba się skrzyknęli, bo zasnęłam w trakcie procesu z książką na brzuchu, w pozycji pół siedzącej ( pewnie w trakcie zsunęłam się z kanapy). Obudziłam się półtorej godziny później i dokończyłam dzieła! Taka jestem nieugięta 😛 Przedwczoraj na przykład, zmęczona po długim, wieczornym spacerze, położyłam się na przysłowiową „minutkę” i już się nie podniosłam. Obudziłam się o 3:30, przy zapalonej nocnej lampce. W pierwszej chwili byłam zła na siebie, co ośmieliło Kazika do szyderczych komentarzy?! Egon skwitował sytuacje tylko „co to w ogóle jest za książka, myślisz że taka książka może tobie pomóc? Sama sobie poradzisz, musisz tylko znaleźć  pracę wartą ciebie, nie poniżej twoich możliwości” . Podziękowałam obu panom z troskę, zrobiłam gorącą herbatę i wzięłam książkę do rąk. Około godzinki później ponownie leżałam w łóżku.

Podsumujmy. Ciało nie ułatwia mi zadania, chłopaki też nie wspierają. Jestem jednak z siebie dumna, bo nie odpuściłam i kontynuuje to, co zaczęłam w zeszły poniedziałek.  Trzymajcie kciuki! Za mnie, nie za Kazika i Egona 😛