Baranek…za kierownicą!

Zainspirowana rozmową o stresie, związanym z prowadzeniem nowego samochodu w mieście, postanowiłam opowiedzieć Wam o swoich perypetiach związanych z prowadzeniem  i samym samochodem. Otóż mój pierwszy i jak na razie jedyny pojazd mechaniczny, pojawił się pod moim blokiem, dwa lata po zdanym przeze mnie egzaminie na prawo jazdy. A kiedy się pojawił, w moim serduchu zagościła taka gama emocji, że do tej pory sama się sobie dziwię, że nie wybuchło? Cieszyłam się jak małe dziecko, ale i byłam przerażona. Nie znałam zupełnie dziada. Kiedy usiadłam pierwszy raz za jego kierownicą czułam dumę, ekscytacje, ale i strach. Jak się te pomarańcze odpala? Hamuje toto czy nie? A co jak depnę za ostro zostawiając ząbki na tablicy rozdzielczej? Wiem, wielu z Was, którzy mają wiedzę na temat marki mojego stwora, umiera teraz w konwulsjach śmiechu.
Dla mnie to nie było zabawne. Powiem więcej… byłam przerażona!

Pierwszego dnia wzięłam do ręki kluczyki samochodowe i dumna niczym paw, pomaszerowałam w stronę parkingu, na którym stało owe cudo. Obejrzałam się wkoło aby mieć pewność, że grono gapiów nie jest zbyt wielkie, a najlepiej jakbym w tym momencie była niewidoczna, gdyż rozkminiałam funkcjonalność pilota, przytwierdzonego do kluczy. Którym przyciskiem się otwiera tego sprzęta? Było mi gorąco ze wstydu. Po zastosowaniu metody prób i błędów, mój mechaniczny sezam otworzył się. Wsiadłam. Rozglądając się z zadowoleniem po wnętrzu odkryłam brak zapalniczki, odrywającą się listwę progową i niezwykle ubogi zestaw, być może na wyrost nazywany przeze mnie kokpitem. Pamiętam jak jeden z kumpli, próbował mi zdalnie pomóc przy awarii samochodu, prosząc o odczytanie parametrów z zegara, którego po dziś dzień nie posiadam.
Po szczegółowym przeglądzie samochodu, do listy braków dopisałam zepsuty korek do wlewu paliwa i problem z klamką od strony pasażera. Ta ostatnia, niestety do obecnej chwili, pozostaje w stanie nietkniętym. Nie jeden raz zabierając pasażera, dziękowałam Bogu, że był zapięty pasem, gdy podczas zakrętu drzwi z jego strony otwierały się.

photo (1)
Ale cóż… byłam wdzięczna za to co miałam. Przejdźmy zatem do pierwszej przejażdżki do pracy. Miałam do pokonania zaledwie kilkanaście kilometrów w jedną stronę. Niestety poczułam tak ogromny strach, że rozważałam w międzyczasie dojazd do pracy autobusem. Z drugiej strony, głos we mnie nabijał się z mojej sytuacji. Oczyma wyobraźni widziałam rozbawienie w oczach koleżanek, którym już zdążyłam się pochwalić nowym nabytkiem. Autko przerejestrowane, 2% od wzbogacenia trafiło na rzecz państwa, korek do wlewu zmieniony, bak pełen zatem w droge!

Odpaliłam, silnik zawył, wbiłam pierwszy bieg, kierunkowskaz. W głowie jak na dworcu kłębiły się myśli. Przypominały mi się słowa instruktora. Tam docisnąć, tam popuścić. Jadę! To nic, że chyba jedynie z 10km/h. Sunę niczym ślimak, dłonie mi się pocą, przełykam ślinę. Wtem w lusterku niczym sporej długości wężyk, wlokły się za mną samochody. Rozległo się donośne trąbienie. Pocałujcie wy mnie wszyscy w dupe! Coś we mnie w pewnym momencie pękło, szlag mnie trafił i powiedziałam na głos sama do siebie. „Magda, przecież nie będziesz całą drogę tak się wlec?! Nie dość, że torpeda to to nie jest , za kierownicą kobieta, do tego blondynka, z przerażonymi oczyma niczym sarna…. dość tego! Tu jest więcej biegów niż jeden! Dajesz babo!”

Aby dodać sobie odwagi podczas przyspieszania, postanowiłam śpiewać . Niestety jedyne co mi przychodziło do głowy to „Baranku Boży, który gładzisz grzechy świata…”
Wyglądało to mniej więcej tak: Baaaaaaranku Boooooży,(zmiana biegu), który głaaadzisz grzechy świataa (zmiana biegu), obdarz naaas spokooooojeeeem (zmiana biegu i skręt) 😛 😛 😛

Kiedy pojawiłam się pod Ośrodkiem byłam z siebie dumna. Zaparkowałam przy budynku, zamknęłam samochód za pomocą pilota (tak pilota mam, ale wspomagania kierownicy nie, dlatego czasem wchodzę w zakręty jak starem) i weszłam do budynku szczęśliwa, że dotarłam cała i zdrowa ufffff….

A jakie Wy macie sposoby na pokonywanie stresów, lęków i innego rodzaju podobnych jak moje wyzwań???? Napiszcie o tym do mnie. Jestem ciekawa Waszych wniosków i opinii.

1 thought on “Baranek…za kierownicą!

  1. oj Magda 😉 Ty jak coś opiszesz, jakąś historię tooo..;) śmiechu co nie miara..:) ja tam jadąc samochodem nic nie robie w sensie nie śpiewam itd 😉 po prostu jade.. nie myśle o tym 🙂 a z innymi stresami różnie bywa.. śpiewaanie też pomaga 😉 ale nie śpiewam Baranku Boży 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.