Bądź odpowiedzialny za siebie?!

Nie raz już w swoich postach na blogu pisałam o tym, że gdy człowiek rozpocznie swoją przygodę z rozwojem osobistym, to w żaden sposób nie może wrócić do początku. Innymi słowy, gdy zacznie się rozwijać już nie może się zwinąć. Rodzi się głód wiedzy i chęć stałego podnoszenia świadomości. Niestety w pewnym momencie, najzwyczajniej mamy dość. A przynajmniej ja tak miałam. Byłam niemalże bombardowana ze wszystkich stron wiedzą, linkami, blogami, tytułami książek, wystąpieniami na żywo, coraz to nowszych Nauczycieli, Mędrców i Coachów. I jakby się nie nazywali, to we wszystkich swoich wystąpieniach, opierają się na tych samych odkryciach. Przerabiając je na własną modłę i dodając coś od siebie, tworzą kolejne metody, mające nas nauczyć jak żyć. Po paru latach intensywnego zgłębiania wiedzy i czytania kolejnych, top pozycji w rankingu rozwoju, poczułam przesyt. Kompletnie się pogubiłam w tym, co mam ze sobą zrobić?! Gniew, który latami w sobie kumulowałam, po raz kolejny się we mnie obudził. Podjęłam decyzje. Od tej chwili, wybieram tylko to, co sprawia, że czuję w sobie spokój. Codziennie sama siebie będę pytać „Na co masz dzisiaj ochotę?” I właśnie to, będę wprowadzać w czyn. Jednego się nauczyłam po tych wszystkich wykładach” Odpowiedź jest we mnie”. Jedyny problem, a w zasadzie wyzwanie, to odnalezienie sposobu na to, jak tę odpowiedź wyciągnąć na światło dzienne? I na tym się teraz skupię. Już jakiś czas temu, odkryłam dla siebie idealną receptę na świadomy, niczym nie zmącony, swobodny i twórczy rozwój. Przekazywałam te wiedzę innym, a sama, niczym ten szewc z przysłowia, szłam umęczona przez własne życie. Raz górka, raz dołek. Przyszedł nareszcie moment, gdy widząc jak inni powstają z kolan, sama zapragnęłam kolejnych, znacznie większych zmian. Stawiając się dla siebie, lecz jeszcze nie w pełni pewna tego, czy mam na tyle sił, aby skorzystać z własnych rad, tak do końca, oglądałam się za siebie, na innych. Czekałam na słowa, które utwierdzą mnie we własnych decyzjach, albo pokażą mi świat, jakiego nie dane mi było zobaczyć dotychczas. Nic takiego się nie stało. Jedyne co odkryłam, to różnica między mną a coachami, których dane mi było słuchać. Ja biorę na siebie problemy innych, czuję się za nich odpowiedzialna, staram się wspierać niczym małe dziecko, na każdym kroku. Pozwalam innym, przerzucać odpowiedzialność za własne szczęście i powodzenie własnych decyzji na mnie. A potem jestem zaskoczona niskimi wibracjami, w jakich przychodzi mi egzystować na co dzień. A przecież tyle miałam w sobie niespożytej energii??? Zadając pytania o to, co zrobić z własnym życiem, od czego zacząć ogromne zmiany u siebie, dostałam coś, co przypominało cukierka w papierku, na dodatek zamkniętego w szczelnym, szklanym pudełeczku. Co pokazało mi, że odpowiedzialność za dobranie się do niego i zasmakowanie go, należy tylko do mnie. Odpowiedzialność jest po mojej stronie i należy tylko do mnie! Oto ta różnica, której ujrzenie, poprzedziło odczucie złości w moim ciele. Nie wiedziałam jeszcze na co byłam zła? Na tych, którzy nie byli wstanie mi konkretnie odpowiedzieć, czy na samą siebie, że wcześniej tego nie widziałam ? Jedno jest pewne. Wiem, co stanowi moją receptę na zmiany. I to nie byle jakie. Po pierwsze wybaczanie, po drugie miłość do samej siebie, co jest równoznaczne z akceptacją światła we mnie, ale i cienia, oraz trzecie, wdzięczność za to co mam. Za wszystkie doświadczenia, za ludzi których spotykałam na swojej drodze, za wiedzę, którą zdobywałam i tę, którą nadal wydobywam z wewnątrz siebie. Nauczyłam się być sama ze sobą. Odkryłam ile noszę w sobie wartości. Uświadomiłam sobie ile jeszcze we mnie bólu i lęku. Dopuszczam do siebie gniew i złość we mnie. Szukam sposobu na uwolnienie ich z ciała. Nie na wszystko jestem gotowa, ale pozwalam sobie na trwanie w tym miejscu, w którym obecnie jestem. Uczę się słuchać własnego ciała, serca…z nadzieją, że dotrę i do własnej duszy…