Aerobik ;)

Decyzja o aerobiku była równie spontaniczna jak wiele innych rzeczy w moim życiu.A ponieważ miałam u swego boku żywego motywatora w postaci pani Halinki…było łatwiej.Czy aby na pewno?Nie wiem ki diabeł mnie podkusił, w każdym razie na strój do tego procederu wybrałam czarne leginsy i przykrywającą pośladki jasną koszulkę z krótkim rękawem.Miejsce nowej aktywności- jedna z sal znanego już Wam z poprzedniego tekstu przybytku 😉 Blisko miałam, pani Halinka również. Zatem zmotywowane do działania, sfrustrowane nadwagą, przed wyznaczonym czasem czekałyśmy na zajęcia. Bardzo szybko się zorientowałyśmy, że obie stanowimy odrębną kategorie wiekową i wagową.


Stopień zaawansowania i kondycji również pozostawiał wiele do życzenia. Cóż…..Strój nowy, woda i ręcznik u boku, zatem do dzieła!
Już po pierwszych ćwiczeniach dotarła do mnie skala mojego wyzwania. Muzyka techno, nieodłączna w tym miejscu, szybkie tempo, duża ilość powtórzeń i ciągłe zmiany układów choreograficznych.
Wtedy po raz pierwszy odkryłam problemy z pamięcią ruchową i jak bardzo ta dysfunkcja będzie rzutowała na resztę moich działań w życiu. Ale o tym innym razem.
Nie byłabym sobą gdybym nie podjęła wyzwania robiąc dobra minę do “złej” gry.
I tak skakałam, machałam rękoma, po obrotach lądowałam tyłem do instruktorki podczas gdy reszta przechodziła do kolejnej serii akrobacji. I kiedy pani Halinka siedziała na ławce próbując złapać oddech,
ja dzielnie próbowałam skłonów z dotknięciem palców u stóp i rotacją górnej części kadłuba w tył. Przy jednej z kolejnych rotacji moim oczom ukazał się spory zadek z paskiem stringów na środku.
Z obawy przed widokiem opinających mnie, niekoniecznie w odpowiednim miejscu majtek ,zafundowałam sobie ciekawsza opcje 😛 A miało być tak pięknie…pani z bazarku zaręczała z uśmiechem niczym orka, że absolutnie nie prześwitują.
“Cuuuudownie”- syknęłam do siebie. Zrozpaczonym wzrokiem zerknęłam na panią Halinkę, która nadal dochodziła do siebie. Załamałam się…
Jedynym plusem całej sytuacji był fakt, że znajdowałam się wśród samych kobiet, w ostatnim szeregu. Za mną było jedynie lustro – niemy świadek mej porażki?!
Kolejnym punktem na drodze ku zawałowi były pompki. Ha! Fantastycznie…nigdy nie potrafiłam ich wykonać, nie wspominając o staniu na rękach. Po potrąceniu przez pijanego kierowcę na pasach, kilku tygodniach w gipsie wiecznie coś było nie tak z lewą ręką. W latach osiemdziesiątych rehabilitacje były równie częste co pomarańcze w sklepach. Na lekcjach wychowania fizycznego tylko szybka reakcja nauczycielki uchroniła mój kark przed złamaniem.
Stękając i sapiąc niczym parowóz, próbowałam wykonać choć jedną ,kiedy w drzwiach stanęła grupka kickbokserów.
Po raz kolejny z czerwoną twarzą, w prześwitujących leginsach, na macie starałam się zachować resztki godności.
Zmartwychwstając z podłogi, ciągnęłam za sobą ręcznik i panią Halinkę do szatni. Tak oto zakończyłam karierę sportową.
Na jakiś czas…kolejną ofiarą moich zmagań z ciałem stał się rower, ale o nim w kolejnym tekście o moich bojach o ciało swoje 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.