Pielęgniarka, zastrzyk i rozwrzeszczany dziecior!

Na sam dźwięk słowa lekarz i przychodnia dostaje gęsiej skórki, a przecież jestem dorosłą kobietą. Natomiast to, czego świadkiem była masa pacjentów przychodni dla dzieci, plus rumieniec jakim oblewała się moja mama, za każdym razem, kiedy przychodziła ze mną na wizytę to już inna bajka. Dla każdej mamy wizyta z dzieckiem w przychodni to wątpliwa przyjemność, ale jeśli dziecko histeryzuje, płacze i ucieka z budynku to istny koszmar. I w tym momencie, aby złożyć hołd mojej cierpliwej mamie, jak i pielęgniarkom, nie tylko tym, które musiały znosić moje ceregiele, ale i tym, z którymi miałam okazje pracować,winna jestem chwile szczerości. Niestety jako dziecko byłam niezwykle chorowita, istny zdechlak. Jak coś kogoś dopadło w sąsiednim mieście, to wiadome było, że wkrótce i mnie to dopadnie. Katarki, kaszelki, gorączki, zapalenia i inne choroby wieku dziecięcego do potęgi entej. Mnie nie wystarczyło zaliczyć przeziębienia czy zapalenia oskrzeli tudzież płuc jednokrotnie. Pediatra faszerował mnie, jak Amerykanie indyka w Święto Dziękczynienia, tabletami różnej maści, koloru i wielkości. A kiedy w pewnym momencie pojawiło się ryzyko wykończenia mojej wątroby, w ręce mojej mamy znajdywała się recepta na zastrzyki. Jak już się zapewne orientujecie, na czasy mego dzieciństwa przypadał okres komunizmu, wiec cieniutka igiełka to chyba była rzadkość.
A przynajmniej ja to w ten sposób zapamiętałam… Ukłucie piekło, pośladek bolał, na pośladku niejednokrotnie zostawał siniak, a jakby tego było mało, dosyć często po takowym zastrzyku drętwiała mi noga i wlokłam ją potem za sobą, ocierając łzy jak grochy, niczym postać z horroru o zombi. Tak się kończyło moje leczenie zastrzykami, ale chciałabym zwrócić Wasza uwagę ku temu, co się działo zanim w mój mały pośladek, trafiała igła wielkości gwoździa?!

Po kolejnej wizycie u pediatry słyszałam:
– Nie mogę po raz kolejny temu dziecku zapisać antybiotyku w tabletce, niestety tym razem będą zastrzyki.
Szlochałam i błagałam mamę:
– Tylko nie zastrzyki, mamo tylko nie zastrzyki?!
Na próżno. Po wykupieniu recepty, mama chwytała mnie za rękę i ciągnęła w stronę zabiegowego, na umówioną wcześniej wizytę. Próbowałam wszelkich metod perswazji, na jakie było mnie w tym wieku stać. Mama była nieugięta.
Kiedy przyszła nasza kolej, otwarły się drzwi zabiegowego i usłyszałam swoje imię i nazwisko. W tym momencie rozpętało się dla mojej mamy piekło. Próbowała mnie siłą zaciągnąć do wejścia. Ja z kolei robiłam wszystko co w mojej mocy, aby się tam nie znaleźć. I tak trzymając się obiema rekami futryny, od wewnątrz ciągnięta za nogi przez mamę krzyczałam:
– W pupie mam te zastrzyki!!!!
Na co pielęgniarka przygotowując zastrzyk i wystrzykując powietrze wraz z odrobiną płynu, odpowiadała ze stoickim spokojem:
– Aaaaaaaa będziesz miała w pupie!
Po czym rozlegał się mój wrzask, połączony z przeraźliwym pieczeniem owej pupy. Zazwyczaj wracałam do domu obrażona na mamę i na cały świat. Na szczęście będąc dzieckiem lizaczek, lody, tudzież pyszny batonik, zakamuflowany w maminej torbie, łagodziły wszelkie waśnie.  A wspomnienie owych tortur, odchodziło w niepamięć….do kolejnego razu 😀

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.